Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


Coma - Koszalin


Coma, Nat Osborn Band, Lej Mi Pół
scena przy Kreślarni, Koszalin - 19.05.2015 r.


19 maja w ramach "Rockowego wtorku" koszalińskich Juwenalii odbył się koncert trzech zespołów reprezentujących trzy różne style muzyczne. Dla mnie w końcu była to okazja do zobaczenia na żywo Comy, z którą jakoś nigdy nie było mi po drodze: na co dzień nie słucham. Nagła eksplozja popularności grupy (pamiętacie katowane w radio "Spadam"?) mnie irytowała, na liczne koszalińskie koncerty nie chodziłem, bo szkoda mi było pieniędzy. W końcu jednak przyszedł czas na odrobienie zaległości, zwłaszcza że ceny biletów wreszcie osiągnęły cywilizowany poziom (30 złotych). Występ odbyć się miał na scenie usytuowanej przy parkingu klubu studenckiego Kreślarnia, gdzie rok temu wystąpiły Parafraza, Pampeluna i Kult. Czy to dobra lokalizacja? Moim zdaniem nie, gdyż z uwagi na ograniczoną ilość miejsc nie wszyscy mogli otrzymać wejściówki. W ogóle z biletami były jakieś cyrki, gdyż znajomi usłyszeli w Parlamencie Politechniki, że te już się skończyły, a ja parę godzin później kupiłem ich "hurtową" ilość dla kolegów z pracy. Za moich czasów występy gwiazd odbywały się w Amfiteatrze, gdzie miejsc jest zdecydowanie więcej i nikt nie narzekał. Daleko również nie było, gdyż to jakie 5 minut spacerkiem od akademików - może warto powrócić do starych, dobrych czasów?

Pierwszym występem tego dnia był koncert zespołu Lej Mi Pół i od razu małe zaskoczenie: kapela wystąpiła na małej scenie znajdującej przed Domem Studenckim nr 1 i aby ją zobaczyć nie trzeba było kupować biletu. Czyżby była to odpowiedź na niską frekwencję zespołów supportujących w zeszłym roku? Jeśli tak to dobrze, że studenci coś z tym robią, choć też jest co poprawiać: nagłośnienie przed akademikami było bowiem, delikatnie mówiąc średnie. Sama muzyka również nie przypadła mi do gustu - chłopaki z Bielska-Białej określają ją jako punk rock, podlany delikatnym sosem z metalu, ja jednak słyszę dość prosty (żeby nie powiedzieć "prostacki") punk, z gatunku "trzy akordy, darcie mordy" bez tego magicznego "czegoś". Może jestem też już stary i "zdziadziały", bo po tekstach o pigułkach samogwałtu, chlaniu na Polibudzie czy bzykaniu sióstr kolegów zamiast rozbawienia pojawił się u mnie uśmiech zażenowania. Wolę Brygadę Kryzys, Armię czy KSU. Cholera, nawet The Bill wydoroślał i wydał dojrzałe "Historie Prawdziwe" - może warto wziąć z nich przykład? Grupa zagrała pełnowymiarowy set, mocno wstawiona brać studencka dobrze się na nich bawiła (a i nawet brała aktywny udział w koncercie), frekwencja była zaskakująco spora, ale ja się mocno wymęczyłem. Chyba rzeczywiście jestem już stary. Albo mam gust. Jakiś tam.

Po Lej Mi Pół przyszedł czas na wejście do "płatnej strefy" (a więc głównej, wydzielonej sceny), aby zobaczyć nowojorski Nat Osborn Band. Grupa wystąpiła już swego czasu w Koszalinie na Hanza Jazz Festival i komuś chyba się ich granie bardzo spodobało - jak inaczej wytłumaczyć fakt zaproszenia na imprezę z dużą ilością alkoholu kapeli grającej połączenie bluesa, rocka i jazzu? Było to bardzo ryzykowne, gdyż wstawionych studentów ciągnie raczej do bardziej prostego grania (tudzież czegoś znanego), ale wystarczyło tylko kilka pierwszych dźwięków aby publiczność ożyła i ruszyła pod scenę. Na początku troszkę nieśmiało, jednak wraz z kolejnymi numerami ludzi było coraz więcej - nie dziwię się, gdyż była to muzyka interesująca, oryginalna i świetnie zaaranżowana. Lider trzymał kontakt z publicznością i świetnie łączył grę na instrumentach klawiszowych z rolą wokalisty, ale bez znakomitego zespołu z fantastycznym perkusistą na czele niewiele mógłby zrobić. Na szczęście muzyków dobrał rewelacyjnych i mimo iż nie brakowało długich, żywiołowych solówek, to największe wrażenie zrobił na mnie Damian Niewiński (tak, tak, Polak!) za garami - wielki talent, dla którego połamane rytmy nie stanowią większego wyzwania. Posłuchajcie zresztą wersji live utworu "Exorcism" - rewelacja.

Po takim powiewie świeżości oczekiwania względem Comy musiały być duże. Cóż zespół zaprezentuje? W jakiej jest formie? Czy twierdzenia części fanów o tym, że kapela się "kończy" nie są przesadzone? Zaraz mieliśmy poznać odpowiedzi na te i inne pytania. Tłum pęczniał, pod barierkami ścisk, biletów już dawno zabrakło. W końcu zespół wyszedł na scenę po to, aby przez niemal półtorej godziny prezentować swoją wizję rocka. Rocka pompatycznego, niekiedy pretensjonalnego, czerpiącego zarówno z post-grunge'u jak i alternatywnego metalu. Nie stroniącego zarówno od agresywnych i mocnych dźwięków, jak i ckliwych, popowych melodii. Mieszanka, która nie miała prawa się udać, ale się udała i, co widać było po liczbie fanów, trafiła do sporej liczby, młodych głównie odbiorców.

Coma rozpoczęła swój występ od długiego, klimatycznego "Ekharta" - powoli rozpędzający się, uderzający na końcu potężnym refrenem utwór z "Hipertrofii" znakomicie sprawdził się jako "otwieracz". Grupa niejednego fana zaskoczyła tego wieczoru setlistą, gdyż oprócz kawałków sztandarowych (przebojowe "F.T.M.O." oraz "Spadam", szybkie "Angela" i "Deszczowa", balladowe "Los cebula i krokodyle łzy") znalazło się również miejsce na numery niemal dziesięciominutowe, rzadziej grane na koncertach. Co prawda stało się kosztem "Leszka Żukowskiego" oraz "Trujących roślin", no ale fani wszystkiego przecież mieć nie mogą. Trochę obawiałem się o wokal Roguckiego, gdyż nie od dziś wiadomo, że to od jego formy zależy powodzenie występu całej grupy: niekiedy śpiewa tak manierycznie, że nie można odróżnić od siebie słów, innym razem sprawia, że ciary po plecach przechodzą. Wtorek był na szczęście jego dniem: zachwycał zarówno w partiach wolniejszych, jak i wtedy, gdy trzeba było odpowiednio ryknąć. Zachęcał publiczność do zabawy, przykuwał uwagę swoim zachowaniem (i wąsami oczywiście...), a nawet chwycił w pewnym momencie za flet.

Publiczność wiedziała na jaki koncert przyszła i na każdą mocniejszą partię czy przyspieszenie tempa reagowała dziką zabawą: pod sceną sporych rozmiarów mosh-pit, nad głowami niewiasty bawiące się w crowd-surfing. Zauważyłem nawet, że niektórzy fani wspomagali się w tym całym szaleństwie blantami, no ale przyjmijmy, że były to "domowej roboty papierosy"... Początkowo jeszcze gdzieś tam pod sceną wytrzymywałem, w końcu jednak siły opuściły stare ciało i musiałem się nieco wycofać, aby w miarę spokojnie oglądać występ. A było co, gdyż sam zespół prezentuje się naprawdę dobrze: świetnie wypadały zwłaszcza gitarowe popisy duetu Kobza-Witczak, gdzie jeden gra szybko i "brudno", a drugi wolniej ale bardziej melodyjnie. No ale reszta grupy (znakomity Matuszak na basie, solidny Marszałkowski za garami) też w niczym im nie ustępowała. Po podstawowym secie nastąpił obowiązkowy bis (prowadzącego imprezę powinni wybatożyć, gdyż był bez życia, ubrany jak hip-hopowiec i przerwał skandującej nazwę zespołu publiczności) i muzyczny wieczór przeszedł do historii. Trzeba przyznać, że Coma dała z siebie wszystko i zaczynam rozumieć popularność tej grupy. Warto dać zespołowi szansę, zwłaszcza teraz - w czasie plenerowych, tańszych występów - gdyż w formie jest znakomitej. A czy kapela się "kończy"? Jeśli tak, to chciałoby się aby więcej gwiazd robiło to w takim stylu.


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 02.06.2015 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!