Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


Blind Guardian - Zlin


Blind Guardian, Eagleheart
Masters Of Rock Café, Zlín - 24.05.2015 r.


Pierwotnie relacja z tego koncertu miała być krótka, kolega skwitował dwoma słowami: "O, kurwa!", a ja od siebie byłam skłonna jeszcze dorzucić trochę tych serduszek, które już drugi tydzień mi fruwają wokół głowy i tyle w temacie. Należy jednak tworzyć kontent dla webzinów, więc może zacznę od początku i w miarę po kolei.

Po pierwsze, dlaczego Blind Guardian - myślę, że nie jestem jedyną osobą, którą ten zespół w czasach nastoletnich przeprowadził najkrótszą możliwą drogą od czytania Tolkiena do słuchania metalu. Ponadto swoją obszerną dyskografią w dużej mierze ukształtował gust, tak że choć teraz odważnie sięgam po przeróżne gatunki muzyczne, do power metalu wracam i wracać będę, bo power metal królem. Blind Guardian widziałam dwa razy, w 2006 w hali widowiskowo-sportowej (czyt. sali gimnastycznej) w słowackim Trenczynie oraz w 2012 na Metalfeście w Jaworznie i szczerze powiem, że wtedy zespół wydawał się odległy i mało kontaktowy, żeby nie powiedzieć z lekkim efektem połknięcia kija. Coś się jednak zmieniło...

Po drugie, dlaczego Zlin, skoro mogła być Warszawa - no cóż, trzeba było odpocząć przed Accept w Krakowie, poza tym czeska publiczność nie popycha, nie depcze po nogach i nie robi moshpitów na balladach, więc luksus spokojnego stania pod sceną był nieoceniony. Jakoś się utarło, że w kwestiach wyjazdowych Śląsk i Małopolska trzymają z południowymi sąsiadami. Na koncercie w Masters Of Rock Cafe supportem był czeski Eagleheart, któremu największą przysługę zrobię nie komentując tego występu i przejdę od razu do gwiazdy wieczoru.

Oczywiście im lepiej znam zespół tym bardziej mam wyszukane marzenia w kwestii setlisty, byłam jednak przygotowania na to, że w grę wchodzą przede wszystkim 3 ostatnie płyty, które są aktywnie promowane. Stare albumy tego nie potrzebują. Na szczęście pierwszy kawałek z najnowszego "Beyond The Red Mirror" - "The Ninth Wave" przypadł mi do gustu przede wszystkim ze względu na pięknie napisaną partię chóru i doskonale sprawdził się jako otwarcie koncertu. Aż mi było szkoda, że chór musiał polecieć z taśmy, ale bądźmy poważni, nie była to trasa, na której dałoby upchnąć dodatkową grupę ludzi do jednego kawałka; i tak im było ciasno w sześciu chłopa na scenie. Za to było trochę bardziej niż do tej pory czuć, że dodatkowi muzycy (klawiszowiec i basista) współtworzą ten koncert, a nie są zaprogramowanymi botami i najlepiej by ich było zakryć kocem.

Jeśli chodzi o oprawę wizualną i efekty specjalne, to były one zerowe. No i bardzo, kurczę, dobrze. Żadnych peleryn, mieczy, elfich uszu, farbowanych włosów, wybuchów ognia i confetti, bo Blind Guardian tego zwyczajnie nie potrzebuje. Na scenę mogą wyjść grzeczni panowie w skromnych czarnych koszulach, którzy potrafią przenieść publiczność w świat wyobraźni i fantastycznych przygód samymi tekstami, a ogień ładować bezpośrednio z dobrze napisanych i zagranych kawałków. Mimo że jestem wielką fanką wszystkiego co melodyjne, kocham też surowsze brzmienie płyty "Follow The Blind", więc koncertowy klasyk "Banish From Sanctuary" powitałam ciepłym uśmiechem, a zaraz po nim poleciał uwielbiany przez wszystkich "Nightfall".

W trakcie trwania koncertu zaczęłam się już przekonywać do setlisty, w końcu z tych trzech ostatnich płyt chyba faktycznie wybrali co najlepsze: "Fly", "Tanelorn (Into The Void)", "Prophecies". Potem wyczekiwane "Last Candle", w które włączyła się cała publiczność. W tym niedużym klubie niezwykle łatwo było nawiązać kontakt wzrokowy z zespołem, a nawet słyszeć się nawzajem bez nagłośnienia. Atmosfery nie da się w żaden sposób porównać z tymi dużymi koncertami sprzed paru lat; jak niektórzy z wiekiem zaczynają gwiazdorzyć i odcinać kupony od popularności, tak Blind Guardian wydaje się pogodniejsze, bardziej kontaktowe i entuzjastyczne niż kilka tras temu.

Po tej raczej szybkiej części koncertu zapowiedziano akustyczny secik w postaci "Miracle Machine" i "Skalds And Shadows", po którym nastąpił przystanek na żądanie wg. strategii: skandujemy "Majesty" do momentu aż zagrają "Majesty". Moja lista życzeń była dłuższa, ale ten kawałek też dobry. Oczywiście poszła "oburzona" konferansjerka w stylu - co wam się tak podoba w tym kawałku, do usranej śmierci mamy go grać? (może nie tymi słowami, ale wiadomo o co chodzi). Jakoś "Mirror, Mirror" i "Valhalla" gracie i grać będziecie, że o "The Bard's Song" nie wspomnę. W każdym razie zwróciłam uwagę, że pogadanki ze sceny były skierowane bezpośrednio do widowni i przedstawiały jakąś reakcję na to, co się dzieje w czasie koncertu, zdecydowanie mniej już było wystudiowanych formułek.

"Blood Tears" było dobrym wyborem i miłym zaskoczeniem, natomiast co do "And Then There Was Silence" mam mieszane uczucia, bo wreszcie zagrali coś z mojej ulubionej płyty... z tym że każdy inny kawałek ucieszyłby mnie bardziej. Jest tam w prawdzie niezły refren i szybka partia, ale po między nimi dłużyzny. Potem nastąpiło coś, czego osobiście nie lubię i nawet dziwię się, że jest jeszcze uprawiane przez zespoły, mianowicie udawanie, że to koniec koncertu, kiedy każdy wie, że będą jeszcze dwa bisy. Gdzie z tym krygowaniem się, że jak nie zawołacie i nie zaklaszczecie, to nie wyjdziemy na scenę, zresztą i tak już jesteśmy na kolacji. Błagam.

Na deser przewidziano jeszcze kilka kawałków z ostatnich płyt i zestaw obowiązkowy. W pierwszym bisie "Sacred Worlds", "Twilight Of The Gods" i "Valhalla" do zabawy z publicznością. W drugim "Wheel Of Time" i wreszcie kawałek, bez którego koncert Blind Guardian nie mógłby się odbyć, bo na następny nikt by nie przyszedł - "The Bard's Song", jak zwykle pięknie zaśpiewany przez publiczność i budujący piękną wspólnotę fanów i zespołu. Na ostatku zabrzmiało "Mirror, Mirror", bo koncertów nie zwykło się kończyć balladą. Pozostało już tylko pożegnać się z zespołem i obsługą na parkingu, i udać się w drogę powrotną do Polski.

Szybkie wnioski są takie, że Blind Guardian nie tylko nie traci formy, ale się wyrabia. Dobre emocje potrafią człowieka podładować na zapas. Miłość do muzyki jest najbardziej stała, a z fangirlowania się nie wyrasta.

01. The Ninth Wave
02. Banish From Sanctuary
03. Nightfall
04. Fly
05. Tanelorn (Into The Void)
06. Prophecies
07. The Last Candle
08. Miracle Machine [akustycznie]
09. Skalds And Shadows [akustycznie]
10. Majesty [na żądanie]
11. Blood Tears
12. And Then There Was Silence
Bis 1:
13. Sacred Worlds
14. Twilight Of The Gods
15. Valhalla
Bis 2:
16. Wheel Of Time
17. The Bard's Song - In The Forest [akustycznie]
18. Mirror Mirror



Autor: Lucy

Data dodania: 08.06.2015 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!