Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


9. Festiwal Legend Rocka


9. Festiwal Legend Rocka
Kelvin, ZZ Top, Ziggy Wild, Carlos Santana
Dolina Charlotty, Strzelinko k. Słupska - 3-4.07.2015 r.


Nieco ponad tydzień temu zakończyła się kolejna edycja Festiwalu Legend Rocka. Festiwalu, który od wielu lat gości artystów, którzy na stale zapisali się w historii muzyki. Na deskach amfiteatru w Strzelinku grali już m.in. Budgie, Nazareth, Thin Lizzy, Deep Purple, Krieger i Manzarek z The Doors czy zachwycony tym uroczym miejscem Carlos Santana. Ten ostatni po swoim genialnym, niemal dwuipółgodzinnym występie w 2013 roku zapowiedział, że nie zapomni o Strzelinku układając nową trasę. Większość traktowała te słowa jako zwykłą kurtuazję, dopóki słynny gitarzysta nie ogłosił powrotu do Doliny ze swoją nową płytą "Corazón". Dzień wcześniej czekać nas miało spotkanie z inną legendą - po 18 latach do Polski wracali brodacze z ZZ Top. Apetyt był rozbudzony - czy gwiazdy nie zawiodły oczekiwań?

03.07.2015 - Kelvin, ZZ Top

Pierwszy dzień festiwalu przywitał nas piekielnymi upałami: 27 stopni w cieniu, ponad trzydzieści na pełnym słońcu. Warunki ciężkie, no ale lepsze to niż deszcz i zimno jak na Ten Years After (tak wiem, piszę to niemal przy każdej relacji z FLR, ale wierzcie mi - tego się nie zapomina). Po wejściu na amfiteatr pierwsze zaskoczenie, niestety na minus: wprowadzenie żetonów na jedzenie i picie. Pomysł dość durny, gdyż festiwal krótki, budki z żetonami praktycznie na środku głównego przejścia (kolejkowicze przeszkadzali więc nawet tym, którzy nic kupić nie chcieli), dużo osób gubiło się z ilością "tokenów" i przy stoiskach z jedzeniem okazywało się, że kupili ich za mało. Same żetony traciły ważność na drugi dzień, także zapomnieć można było o zapasie (oczywiście nigdzie nie było napisane, że to zabawa jednodniowa). Głupota, panie - czysta głupota: w okresie największego ruchu przechodziło się przez to z jednej dużej kolejki do drugiej. Po tym jak już odstałem swoje i zjadłem kolację udałem się pod scenę, aby zobaczyć support, którym był grający elektronicznego pop-rocka norweski Kelvin. Kapela zdobyła możliwość występu przed gwiazdą wieczoru podczas UBC Charlotta Rock Festival - przeglądu młodych kapel z miast nadbałtyckich. Oprócz nich na FLR dostały się również Ziggy Wild oraz Brontupisto i zaskoczony byłem, iż to właśnie pop-rockowa grupa rozgrzewać miała publikę. Co jak co, ale mocne, brzmieniowo osadzone w latach 70-tych granie estońskiego Ziggy Wild chyba bardziej by tu pasowało. No ale to już wybór organizatorów, nie mój.

Kelvin zameldował się na scenie z pewnym poślizgiem, od razu zaskakując mnie doborem instrumentów - wszystkie sample do jakich udało mi się dostać sugerowały (i straszyły), że będę miał do czynienia z muzyką niemal dyskotekową, a tu, oprócz oczywiście sporej ilości elektronicznych pudeł, perkusja, bas i gitara. Do tej pory Norwegowie grali w klubach, maksymalnie dla dwustu osób - do Charlotty przybyło niemal 10.000 fanów, co musiało zrobić na muzykach wrażenie. I troszeczkę ich stremować, gdyż młodej, drobniutkiej wokalistce na początku zdarzało się sporo nieczystości. Im dalej w las, tym bardziej nabierała pewności siebie i brzmiało to wszystko lepiej. Oda Ulvøy posiada ciekawą barwę, a przy tym sprawia wrażenie osoby uroczo skromnej - miło się na nią patrzyło podczas występu. Warto też wspomnieć o niezłym gitarzyście, który zebrał sporo braw za swoje przemyślane, żywiołowe solówki. Żeby jednak nie było zbyt różowo, trzeba też trochę ponarzekać: moim zdaniem grupa powinna popracować nad różnorodnością materiału. Większość kawałków stanowiły wolniejsze, balladowe utwory (z nieco naiwnymi tekstami, no ale to częsty grzech młodości), co potrafiło nieco znudzić odbiorcę - dobrze by było, gdyby tych żywszych numerów w stylu "Strobelight" było więcej. No ale to kapela młodziutka, tak więc jeszcze wszystko przed nimi. Na razie zrobili pierwszy duży krok w rozwoju swojej kariery - teraz czas na kolejne.

Krótka przerwa na zaopatrzenie się w zimne napoje (ach, ta temperatura!) i niemal równo o godzinie 22 na telebimach oraz dwóch ekranach usytuowanych na scenie wyświetlił się filmik rozpoczynający występ amerykańskiej legendy: ZZ Top. Legendy, która od 1969 roku w tym samym składzie (!) gra na największych scenach świata. Amfiteatr wypełniony w całości, tysiące fanów drze się bez opamiętania i szaleńczo bije brawo, gdy na scenie pojawiają się Billy Gibbons, Dusty Hill i jedyny bez brody - Frank, o ironio!, Beard. Rozpoczynają w swoim stylu: bez zbędnej kurtuazji od razu przechodzą do dawania czadu - "Got Me Under Pressure" podrywa z miejsc cały pierwszy sektor, który do końca występu doskonale się bawi. Nie może jednak być inaczej, gdyż grupa jest w świetnej formie. Zwłaszcza chudziutki Billy, śpiewający charakterystycznym zachrypniętym głosem, będący jednocześnie jednym z najciekawszych gitarzystów świata. Widać wyraźnie, że scena to jego żywioł, gdyż porusza się po niej niezwykle naturalnie i nawet wyreżyserowane sytuacje sprawiają mu frajdę. Kapelusz na głowie, wielkie czarne okulary, skórzana kurtka, kultowa broda - czy można wyglądać bardziej amerykańsko od niego? Chyba nie.

Kapela przygotowała bardzo przemyślany rockowy spektakl, złożony z największych hitów: nie zabrakło "Pincushion" (genialnie zagrany!), "Gimme All Your Lovin'", "I Gotsta Get Paid" (najlepsze wykonanie na żywo tego numeru jakie słyszałem), "Sharp Dressed Man" czy "Cheap Sunglassess". Generalnie setlista była znakomita i składała się albo z mocnych hard rockowych numerów albo tych bardziej bluesowych, prowadzących po czasie do długich, interesujących solówek. Stąd też z pewną niechęcią przyjąłem największy hit Amerykanów, a więc popowe "Legs" - zdaję sobie sprawę, że większość osób właśnie z tej piosenki kojarzy brodaczy, ale ten prosty, śpiewany czysto kawałek pasował tutaj jak pięść do nosa. Na "scenowych" telebimach fragmenty odpowiednich teledysków idealnie zgrywały się z tym, co aktualnie grała kapela, tudzież pokazywane były filmiki z udziałem atrakcyjnych dziewczyn, zwanych ZZ Girls - widać, że sporo pracy włożono w ten element spektaklu. I choć może pozbawiło to zespół możliwości nawiązania bliższego kontaktu z publiką czy też improwizowania, to jednak grupa i tak wydawała się bardziej rozluźniona niż na innych występach, znanych chociażby z TV czy oficjalnych DVD. Nie zabrakło również polskich akcentów, z których najbardziej widoczny był wielki napis "piwo" na gitarze Billy'ego.

Wizualizacje pokazały jak grupa zmieniła się pod względem fizycznym na przestrzeni lat. Oczywiście Gibbons troszkę schudł i wygląda jak rockowy strach na wróble, ale już Dusty to ten sam brodaty grubasek co w latach 80-tych (no, może tylko brodę ma już bardziej siwą). Gra na basie równie sprawnie co przed dwudziestu laty (a może nawet i lepiej), a do tego znakomicie wspomaga Billy'ego wokalnie, niekiedy całkowicie go w tej roli wyręczając. I, co najważniejsze, wcale mu na tym polu nie ustępuje. Frankowi trochę kilogramów w pasie przybyło, ale i tak ciągle wygląda na najmłodszego w stawce, pomimo 66-ciu lat na karku. Jego prosta, ale pewna i efektywna gra na bębnach robi wrażenie, zwłaszcza, że numery ma już tak ograne, że większość z nich wykonuje z zamkniętymi oczami... I nie, nie jest to przenośnia - Beard naprawdę grał w taki sposób. A jeśli już je otwierał, to po tylko po to, aby odpalić kolejną fajkę, albo zaciągnąć się tą już dogasającą. Rock'n'roll.

Całe muzyczne show trwało nieco ponad godzinę, po czym szalejąca publiczność zmusiła Teksańczyków do wyjścia na bis. "La Grange" i "Tush" to duet niemal obowiązkowy, ale już "Jailhouse Rock" to kawałek tylko na specjalne okazje. Widać, że muzykom w Dolinie musiało się spodobać (Billy podobno był zachwycony i obiecał wrócić do Polski). Spojrzenie na zegarek - 23:30. Wszystko trwało więc równe półtorej godziny - krótko, acz szalenie intensywnie, dlatego też nie żałuję wydanych pieniędzy. ZZ Top udowodniło, że zapracowało na status legendy: to dobrze naoliwiona rockowa maszyneria złożona z fantastycznego gitarzysty, świetnego basisty i pewnego siebie perkusisty, z wieloma wpadającymi w ucho hitami. Wiele osób kojarzy ich przez długie brody - odpalcie sobie "Pincushion", ażeby przekonać się o tym, że staruszki potrafią też kopać tyłki. Po koncercie powrót do pola namiotowego (oczywiście droga przez park od wielu lat ciągle bez oświetlenia), wymiana opinii z innymi fanami (podsumowanie koncertu? Świetnie, choć krótko) i oczekiwanie na drugi dzień Festiwalu Legend Rocka. A czekać na nas miał znów Carlos Santana...

SETLISTA:

01. Got Me Under Pressure
02. Waitin' For The Bus
03. Jesus Just Left Chicago
04. Gimme All Your Lovin'
05. Pincushion
06. I'm Bad, I'm Nationwide
07. Flyin' High
08. I Gotsta Get Paid
09. Foxy Lady (The Jimi Hendrix Experience cover)
10. Catfish Blues (Robert Petway cover)
11. Cheap Sunglasses
12. My Head's in Mississippi
13. Sharp Dressed Man
14. Chartreuse
15. Legs
---
16. La Grange / Sloppy Drunk Jam
17. Tush
---
18. Jailhouse Rock (Elvis Presley cover)


04.07.2015 - Ziggy Wild, Santana

Drugiego dnia pogoda ciągle dawała nam się we znaki: żar lał z nieba; temperatura nie schodziła poniżej 30 stopni Celsjusza. Chłodne napoje, kiełbaski z grilla i Deep Purple z samochodowych głośników pozwoliły nam jednak przeżyć ten dzień i po godzinie osiemnastej udaliśmy się pod bramy amfiteatru. W kolejce do wejścia spędziliśmy niemal czterdzieści (!) minut, gdyż fanów było mnóstwo, a trzy osobne wejścia (jedno na sektor) wprowadzały sporo zamieszania, gdyż ludzie przechodzili z jednej kolejki do drugiej, bo nie wiedzieli gdzie jest ta przeznaczona dla nich. Może lepiej by było, gdyby dopiero za bramą rozdzielano opaski ze względu na bilet? Nauczony dniem poprzednim od razu po wejściu na teren koncertu rzuciłem się do stoisk z żetonami (jeszcze pustych, 15 minut później obleganych przez tłumy), a następnie zaopatrzyłem się w (jeszcze) chłodne napoje. Znalazłszy dogodną lokalizację na amfiteatrze oczekiwałem na początek kolejnej muzycznej przygody.

Estoński Ziggy Wild, będący tego dnia supportem, zdążyłem poznać niedługo przed festiwalem, gdy tylko dowiedziałem się, że to oni wygrali UBC Charlotta Rock Festival. To co znalazłem w czeluściach sieci bardzo mi się spodobało, dlatego też miałem wobec nich duże nadzieje. Gdy kilka minut po dwudziestej grupa wyszła na scenę wiedziałem, że będzie dobrze: gitarzysta hippis z burzą włosów na głowie, wokalistka w obcisłej panterce podkreślającej wszelkie atuty kobiecości - oni po prostu nie mogli źle wypaść. Już pierwszy kawałek - osadzony brzmieniowo w latach 70-tych, hard rockowy "Wanted Man" - wwiercił mi się w głowę: świetna solówka Tarviego (tak to się odmienia?) Aldura, wpadająca w ucho linia melodyczna i ta wokalistka... Laura Prits to ktoś, kogo zwykło się nazywać "scenicznym zwierzęciem": zachowywała się jakby miała poważny przypadek ADHD - wszędzie jej było pełno, wyginała się jak kocica ("ubranie" wszak zobowiązywało), tańczyła, skakała, zachęcała do zabawy, cały czas emanując erotyzmem. A najlepsze jest to, że ten cały seksapil szedł w parze z wielkim talentem: głos ma kobieta jak dzwon, skalę szeroką i porównanie do Janis Joplin nie będzie na wyrost. Każdy kolejny numer coraz bardziej przekonywał mnie do słuszności organizowania przeglądów młodych zespołów: jeśli mają być wyławiane na nich takie perełki, to ja jestem za. Nie było na tym występie złej kompozycji: czy to wolniejszy niemal balladowy numer, niespodziewanie eksplodujący kapitalną solówką czy szybki "hicior" - wszystkiego słuchało się z nieskrywaną przyjemnością. Trochę nie pasowało mi w tym wszystkim pojawienie się w pewnym momencie na scenie tancerek (wszak co za dużo, to nie zdrowo!) - ale jakoś to już przebolałem. Zdziwiłem się też, że publiczność trochę nieśmiało reagowała na Estończyków, no ale w końcu na Santanę przybyło sporo rodzin... Mężowie sporo ryzykowali samym patrzeniem na Laurę, a co dopiero zabawą z nią...

Po świetnym występie zakończonym prawdziwym bisem (powtórzenie "Wanted Man") przyszedł czas na gwiazdę wieczoru, a więc latynoamerykańskiego boga gitary. Powiedzieć, że oczekiwania wobec jego osoby były duże, to jakby nie powiedzieć niczego - w końcu Carlos Santana zmiótł dwa lata temu cały amfiteatr. Czy będzie w stanie to powtórzyć? A może przygotował dla nas coś zupełnie innego? Do Charlotty przybył z dziesięcioosobowym zespołem i to głównie dla nich zbudowano większą niż w latach poprzednich scenę. Mnogość instrumentów robiła wrażenie, z zwłaszcza trzy zestawy instrumentów perkusyjnych, które zajmowały całą tylną część konstrukcji. Niemal równo o godzinie 22 na telebimach wyświetlił się znajomy filmik i rozpoczęła się muzyczna uczta. Uczta smakowita, choć też zupełnie różna od tego, co widzieliśmy dwa lata temu. Tym, czym w zasadzie kończył swój poprzedni występ teraz muzyk rozpoczynał show ("Soul Sacrifice", "Saideira"), by później przejść do swoich najbardziej znanych numerów.

Setlista zbudowana była głównie z hitów Santany, które większość osób będzie kojarzyć z telewizji czy radia - stąd też więcej roboty miał duet Vargas/Lindsey. Panowie poradzili sobie dobrze i tylko w "Smooth" brakowało mi tej zadziorności Roba Thomasa. Często wychodzili do publiczności (choć tym razem kontakt z muzykami utrudniała ochrona) i zachęcali do wspólnej zabawy. Oczywiście najbardziej żywo reagowały fanki wirtuoza. Santana czarował solówkami (cudowna "Europa"), ale tym razem odnosiło się wrażenie, że jest on częścią zespołu, a nie, że grupa została zbudowana wokół niego. Pozwalał wyszaleć się niemal każdemu muzykowi: mieliśmy fantastyczne popisy Mathewsa na klawiszach, Billa Oritza i Jeffa Cressmana na instrumentach dętych czy też tria Perazzo/Mejias/Jimenez (który zastąpił Dennisa Chambersa) rządzącego całą tylną częścią sceny. Niemal wszyscy mieli tu swoje pięć minut. Niemal, gdyż zapomniano o Rietveldzie, który przecież zachwycał dwa lata temu a i teraz również był pewnym punktem grupy.

Fani doskonale się bawili i obyło się bez chamskich wybryków jak ostatnio - były tańce, wspólne śpiewy: każdy wiedział po co przychodzi się na takie koncerty. Po "Smooth" widać już było fanów wychodzących z amfiteatru, przekonanych o tym, że to już koniec, więc, jakby po złości Santana po gromkich owacjach wrócił na długi bis. Ostatnia, bonusowa część występu trwała niemal pół godziny (!) wydłużając całe widowisko do ponad 130 minut - mniej niż wcześniej, ale też narzekać raczej nie można. Po koncercie wszyscy byli zachwyceni: pięknie oświetloną sceną, ładnymi wizualizacjami, fantastycznym zespołem, selektywnym brzmieniem, w końcu - samym Carlosem, skromnym i widocznie wzruszonym ciepłym i serdecznym przyjęciem. Zaiste był to piękny występ. I dlatego też wszyscy, którym nie chciało się przyjechać dwa lata temu powinni sobie teraz pluć w brodę, gdyż wtedy było jeszcze lepiej. Wtedy Santana udowodnił wszystkim, że jest prawdziwym bogiem gitary, zdolnym do wyczarowania z kapelusza chwytającego za serca sola. W tym roku pokazał, że potrafi pisać hity - no ale o tym przecież wszyscy wiemy. I dlatego też to właśnie ten pierwszy, długi i mocno improwizowany koncert stać będzie u mnie wyżej.

SETLISTA:

01. Woodstock Intro
02. Soul Sacrifice
03. Saideira
04. Love Makes The World Go Round
05. Freedom In Mind
06. Maria Maria
07. Foo Foo
08. Europa
09. Corazon Espinado
10. Jingo
11. Evil Ways / A Love Supreme
12. A Place With No Name
13. Sacalo
14. Tequila
15. Smooth
---
16. Black Magic Woman / Gypsy Queen
17. Oye Coma Va
18. Toussain't L'Ouverture



Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 15.07.2015 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!