Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


Ray Wilson - Koszalin



Ray Wilson, Mr. Zoob
Koszalin, Juwenalia 2016 - 21.05.2016 r.


Na zakończenie koszalińskich Juwenalii przygotowano specjalny koncert nie tylko wieńczący XXXVIII TKS-y ale też będący finałem obchodów 750-lecia miasta. Na scenie znajdującej się na Placu Podożynkowym czekać nas miały koncerty artystów pochodzących z Koszalina oraz występ wielkiej gwiazdy, którą został Ray Wilson - lider zespołu Stiltskin oraz były wokal Genesis. Nieco kręciłem nosem gdy dowiedziałem się, że to właśnie on zakończy całą imprezę, gdyż w 2012 roku grał już w tutejszym Amfiteatrze z tym samym programem (Genesis Classic), a widomo: chciałoby się zobaczyć coś, czego się wcześniej jeszcze nie widziało. Z drugiej jednak strony, Wilson to muzyk niezwykle utalentowany, więc można się było spodziewać znakomitego występu.

Zanim jednak na scenie pojawił się On, trzeba było przebić się przez "supporty". Tu będzie krótko, bowiem przed gwiazdą wieczoru występowały: Wiktoria Wizner, Zosia Karbowiak, Mr. Zoob, Kasia Klich & Yaro i Kasia Cerekwicka. Wielbicielom nieco bardziej gitarowej muzy tłumaczę: Nuda, Nuda, Mr. Zoob, Nuda i Nuda. Wiktoria zaprezentowała cover Kasi Sobczyk (legenda polskiego rock'n'rolla) "Mały książę", ale na mnie wielkiego wrażenia to nie zrobiło. Zosia Karbowiak do swojego krótkiego występu zaprosiła młodzieżowe sekcje z CK105, co samo w sobie było pomysłem ciekawym, ale stylistyczny rozstrzał skutecznie mnie odrzucał: tutaj trochę funku, tam nieco soulu, pomiędzy cover rockowego Toto, a na koniec cukierkowy pop. Po niej sceną zawładnęli członkowie Mr. Zoob - o nich będzie nieco niżej, gdyż akurat w tym przypadku warto napisać więcej. Duet Kasia Klich & Yaro całkowicie sobie odpuściłem, a na Cerekwicką trafiłem tylko dlatego, że myślałem już śpiewać skończyła (a okazało się, że dopiero swój występ rozpoczęła). Muszę ją jednak obronić, gdyż z żywym zespołem brzmiała na żywo dużo lepiej (i mniej plastikowo) niż w radio: całe to granie miało ręce i nogi, zespół był dobry (zwłaszcza perkusista i gitarzysta, który w te pop-rockowe kompozycje potrafił wcisnąć niezłe solówki), ale jednak czasu antenowego dostała chyba za dużo, gdyż do setlisty włączyła dwa niezbyt ciekawe covery. Lepiej gdyby te kilka minut przekazała Wilsonowi albo legendzie polskiego rocka w postaci Mr. Zoob.

Mr. Zoob wystąpił jako trzeci z kolei i to waśnie ta kapela była powodem, dla którego w ogóle wybrałem się wcześniej na Plac Podożynkowy. Założona w 1983 roku grupa ostatnimi czasy coraz rzadziej bowiem koncertuje a zobaczyć ją jak najbardziej warto, gdyż starym dziadkom energii nie brakuje, a niektóre z ich kompozycji należą do tej grupy utworów, które zna niemal każdy. Dodatkowo w ich szeregi powrócił oryginalny wokalista - Andrzej Donarski - z którym lata temu rozeszli się w niezbyt przyjemnej atmosferze (nawet doszło do tego, że istniały dwie inkarnacje Pana z U.B.). Widać jednak, że czas rzeczywiście leczy rany i 21. maja na scenie pojawiło się trzech członków oryginalnego składu: ojcowie założyciele (w postaci Jacka Paprockiego na wiośle i Waldka Miszczora za bębnami) i Donar właśnie. Skład od lat uzupełniają młodzi i piękni (nawet pomimo tego, że bez włosów) Arek Wójcik na basie oraz Artur Orłowski na saksofonie. Co w takim razie z Radkiem Czerwińskim, który zastąpił Andrzeja po rewolucjach w składzie w 2009? O tym nieco później...

Kapela szybko zainstalowała się na scenie i swój występ rozpoczęła od najstarszej kompozycji: "Yeti", by niemal od razu po niej przeskoczyć do jednego z największych swoich hitów - "Kartka dla Waldka". Ci, którzy o kapeli wcześniej nie słyszeli dość szybko pojęli co stanowi jej muzyczną tożsamość: teksty pełne nieoczywistych porównań i zabaw słownych oraz charczący saksofon, który ma tu do powiedzenia więcej niż gitara - Orłowski był jak w transie i jego popisy naprawdę robiły spore wrażenie. Dziś śmiało można Mr. Zoob zaszufladkować jako ska (choć w latach 80-tych zamykano grupę w dziale alternatywnego rocka): jest prosto, rytmicznie, wpada to wszystko w ucho i, chyba najważniejsze, kompozycje naprawdę poprawiają humor. Żaden ponurak nie ustoi nieruchomo, gdy w powietrzu unoszą się dźwięki "Polskiego ska", "Sratatata", "A ja się śmieję" czy "Mojej głowy". Donar był w kapitalnej formie: wszędzie było go pełno, bawił się doskonale, a głos, zdobiony charakterystyczną chrypką, przez lata zmienił się chyba tylko na lepsze. W trakcie "Zębów" zaprosił do wspólnego śpiewania Radka Czerwińskiego, którego następnie zostawił aby ten wykonał numery powstałe w ostatnich latach: "Dotykaj mnie" oraz skoczną "Piosenkę o nieszkodliwości". Wychodzi więc na to, że Mr. Zoob posiada obecnie dwóch wokalistów. Finał to oczywiście jeden z hymnów lat 80-tych, a więc nieśmiertelny "Mój jest ten kawałek podłogi" wspólnie odśpiewany z licznie zgromadzoną publicznością. Zespół dał świetny, radosny, choć też i zdecydowanie zbyt krótki koncert - kto nie był, niech żałuje. Na koniec, jakże dający do myślenia, fragment tekstu "Zębów":

"Bo ja mam zęby w dupie
Ogromne zęby w dupie
Kiedy idę po ulicy
Kły mi sterczą z odbytnicy"


Rżałem ze śmiechu.

Ray Wilson to brytyjski muzyk od lat mieszkający w Polsce, najbardziej kojarzony ze współpracy z gigantami rocka: Genesis. Istniejąca od 1967 roku formacja sprzedała około 120 milionów płyt i znana jest w zasadzie każdemu: fani ambitniejszych dźwięków rozpływają się nad progresywnym obliczem grupy z lat 70-tych, natomiast ci, którzy cenią sobie przede wszystkim chwytliwe melodie mają przełom lat 80-tych i 90-tych, gdy z Collinsem na wokalu kapela wypluwała z siebie kolejne radiowe hity. Wilson zastąpił Phila (ten wolał poświęcić się karierze solowej) na stanowisku frontmana w 1997 roku, nagrywając z Banksem i Rutherfordem "Calling All Stations". Mimo średnich recenzji, w Europie płyta cieszyła się dużą popularnością a na koncerty przychodziły tłumy, jednak gdy amerykańska odnoga trasy koncertowej okazała się niewypałem Genesis zawiesiło działalność (reaktywacja nastąpiła w 2007 roku, ale już z Collinsem i tylko na jedną trasę). Ray jednak nie próżnował: rzucił się w wir komponowania, wydał kilka albumów solowych i wskrzesił (choć w mocno zmienionym składzie) swój pierwszy zespół: Stiltskin. Powodzeniem cieszy się też jego program "Genesis Classic", gdzie wykonuje sporą ilość utworów swych starszych kolegów. To właśnie z nim przyjechał do Koszalina, co na początku średnio mi się spodobało: wolałbym na żywo usłyszeć tylko i wyłącznie jego własny repertuar (który jest fantastyczny), niż numery z którymi powstaniem nie miał nic wspólnego. Włodarze miasta uznali chyba jednak, że nazwa "Genesis" ściągnie więcej ludzi niż Ray solo czy Stiltskin - a szkoda.

Muzyk przywiózł do Koszalina imponujący dziesięcioosobowy (!) zespół, w którym znalazło się miejsce nie tylko na instrumenty smyczkowe ale również na sekcję dętą. Oczywiście część ekipy stanowili stali współpracownicy Raya, z którymi tworzy on zespół Stiltskin: genialny Ali Ferguson na gitarze prowadzącej, Steve Wilson na rytmicznej czy Lawrie MacMillan na basie (co ciekawe, zabrakło Ashleya za zestawem perkusyjnym). Jednego można było być pewnym: czekała nas prawdziwa uczta dla uszu, pełna ciekawych aranżacji. Zaczęło się od "No Son Of Mine" z repertuaru Genesis, ale zaraz po nim Wilson zaserwował "Wait For Better Days", przypominając tym samym o swojej solowej karierze. Co prawda nieco spóźniał w tym numerze refren, ale za to warstwa instrumentalna była iście wyborna: przepiękne, zmysłowe solo na saksofonie poprzedzające melodyjny popis Fergusona to coś wspaniałego. Takich muzycznych zaskoczeń było podczas tego występu pełno: zrobiony na rockową modłę "That's All", zagrany na specjalne życzenie "Not About Us" z albumu "Calling All Stations", "Another Day In Paradise" (cover Phila Collinsa) z delikatną warstwą smyczków i cudownymi klawiszami, akustyczny segment ze skocznym (a przecież w oryginale to ballada!) "Follow You, Follow Me", a zakończony "In The Air Tonight", w którym cały zespół zszedł ze sceny zostawiając samego Wilsona z gitarą - jak ten numer brzmiał! W tym momencie zapomniałem o tym jak bardzo narzekałem przed koncertem na to, iż lwią część repertuaru w tym programie stanowią covery, gdyż takich coverów to można słuchać w nieskończoność. Po akustycznym fragmencie wszyscy muzycy szybko wrócili i bez zbędnych zapowiedzi zagrali jeden z największych hitów zreformowanego Stiltskin, czyli "American Beauty". Później były też m.in. jednocześnie hipnotyzująca i niepokojąco wykonana "Mama", hard rockowy aranż "Land Of Confusion" czy wieńczący podstawowy set "Congo" (znów "Calling All Stations"). Oczywiście bis był tylko formalnością, podobnie zresztą jak numer, który Ray miał zagrać: wiadomo przecież, że bez "Inside" obejść się nie mogło. Jeden z najlepszych kawałków lat 90-tych wypadł po prostu genialnie.

Chciałoby się oczywiście więcej, ale niestety czas pędził nieubłaganie a czasu gwiazda wieczoru nie otrzymała za dużo. Wykorzystała go wspaniale, ale też i zabrakło mi kilku pozycji, w tym chociażby "Sarah" czy "Footsteps". Wielkie brawa należą się ekipie technicznej, której ciężka praca sprawiła, że dźwięk był krystalicznie czysty i pomimo obecności wielu muzyków, wychwycić się dało każdy instrument. Zaraz po występie udałem się do oficjalnego stanowiska płytowego, by postarać się o autograf bohatera wieczoru - otrzymałem nie tylko podpis ale również pamiątkowe zdjęcie. Ciągle jednak nie czułem spełnienia, wszak moim ulubieńcem w zespole jest przecież Ali Ferguson - bez poznania tego muzyka do domu pójść nie mogłem. Cierpliwość się opłaciła i po kilkunastu minutach otrzymałem możliwość porozmawiania z gitarzystą, którego miałem swego czasu okazję podziwiać na jego solowym występie. Przyznał iż istotnie czasu mogliby mieć nieco więcej, a i także przypomniał o tym, że właśnie wydaje swój drugi album (miłośnicy klimatycznej, gitarowej muzy powinni się owym krążkiem zainteresować). Po wspólnej fotce mogłem spokojnie opuścić plac, mając jednocześnie nadzieję, że po takimi koncercie ktoś zaprosi Wilsona do Koszalina raz jeszcze ale tym razem stawiając na jego własne kompozycje. Artysta ma bowiem czym się pochwalić a i o frekwencję można być raczej spokojnym.


Autor: Tomasz Michalski

Data dodania: 25.05.2016 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!