Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


Wacken Open Air 2008


Wyjazd na WOA 2008 był zupełnie wyjątkowy. Przypomnijmy, że finał Wacken Metal Battle Poland wygrał zespół Chainsaw. Główną nagrodą tego finału jest oczywiście występ na festiwalu. Wiadomo, że Pilarze to zaprzyjaźniony z nami zespół, więc zapadła decyzja o wspólnym wyjeździe. Szybko okazało się, że chętnych jest więcej, to i zmajstrowano sporego busa. Koniec końców, z Bydgoszczy wyruszyła 20-kilku osobowa ekipa. Z Wrocławia wyruszyliśmy z Pawłem pociągiem i w Bydgoszczy zameldowaliśmy się godzinkę przed umówionym czasem. Ekipa powoli się zbierała, a wolny czas wykorzystaliśmy na konieczne zakupy spożywcze. Wszak nie samą muzyką człowiek żyje - jeść i pić coś trzeba. Tym razem wyjazd do Niemiec zapowiadał się wyjątkowo wesoło. W odpowiednim czasie i miejscu pojawił się nasz bus i spokojnie pakujemy się do środka. Wyruszamy jeszcze za dnia, bo droga długa, a na miejscu najlepiej być z samego rana. Wackenowski checkpoint otwierany jest zazwyczaj koło 6-tej rano i to jest dobra pora, żeby tam być. Mała kolejka przy załatwianiu wszelkich formalności i później możliwość wyboru miejsca na polu namiotowym. Dodatkowo miło jest przespać się po podróży i na wieczorne koncerty być w pełni sił. Długa podróż do Niemiec upływała w sielankowych nastrojach, nie brakowało napojów rozluźniających i rozmów o wszystkim i niczym. Przy okazji posłuchaliśmy kilku utworów z nadchodzącej płyty Chainsaw. Później nastąpił czas oglądania specyficznych filmów (hehe...) i podróż mijała ekspresowo. Po raz pierwszy miałem komfort podróży, bo nie byłem kierowcą. Przyjemnie nie martwić się o nic i spokojnie spijać sobie piwko. Niestety w nocy nastąpiły pierwsze komplikacje. Sympatyczny kolega z początku busa zrobił coś brzydkiego i był niemały problem... No na szczęście jakoś to wszystko w miarę ogarnął i ruszyliśmy dalej. W Niemczech autostrada jak stół, więc kilometry szybko spadały. W busie towarzystwo zmęczone trunkami zaczęło powoli się wykruszać i nastał czas snu. Pobudka w okolicach Hamburga, a to oznaczało, że do Wacken zostało niewiele drogi. Na miejsce docieramy zgodnie z planem i dosyć szybko załatwiamy wszelkie formalności. Z odebranymi akredytacjami udajemy się na pole namiotowe i tutaj rozbijamy namioty w sporym okręgu. Tradycyjne piwko i do spania. Pobudka w godzinach popołudniowych i pierwsza myśl - masakrycznie gorąco. Słońce dawało ostro ognia w czwartek, bez dwóch zdań. My tradycyjnie wyruszyliśmy w obchód terenu festiwalu. Stoiska z pamiątkami, płytami, gadżetami... tego to przez trzy dni człowiek nie obejrzy. Zresztą są ważniejsze rzeczy do robienia na Wacken. Postanawiamy kupić tylko tradycyjne koszulki i wracamy na koncerty. Oczywiście koszulek w "naszym" fasonie nie było, więc nauczeni doświadczeniem z lat poprzednich... odkładamy zakup na kolejny dzień. To działa.

Czwartek:

Tymczasem na scenie zainstalowały się już babeczki z Girlschool i postanowiliśmy popatrzeć (znaczy posłuchać...) co też panie prezentują na żywo. Generalnie nie jestem fanem tego zespołu, no ale szacunek się należy. Wystarczy wspomnieć, że kapela powstała w 1978 roku. Nie mam pytań. Muzycznie to okolice NWOBHM i tradycyjnego heavy. Ogólnie granie z lekkim pazurem. Obejrzeliśmy praktycznie cały koncert i tylko szkoda, że w pełnym słońcu. To zdecydowanie zabija przyjemność oglądania. No ale to festiwal i tutaj takie rzeczy są na porządku dziennym. Dzień później spotykamy cały zespół w ogródku piwnym i nie odmówiliśmy sobie przyjemności wspólnej fotki. Po koncercie Girlschool zrobiliśmy rekonesans pod drugą sceną, żeby zorientować się ilu ludzi czeka już na koncert Iron Maiden. Tłumów sporych nie było, więc postanawiamy czekać w okolicy barierki już teraz. Tym samym oglądamy występ Airbourne całkowicie z boku. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo miałem o nich nijakie pojęcie. Okazało się, że ten australijski zespół to typowy rock'n'rollowy wymiatacz. Muzyka bardzo bliska stylistyki AC/DC i spora doza szaleństwa na scenie. Apogeum to wspinaczka na rusztowanie gitarzysty... ze swoją gitarą. Chłop wspiął się na samą górę, zawiesił się głową w dół (opierając ciężar ciała na nogach) i zaczął... wycinać solówki. Niezły wariat, prawda? Szkoda tylko, że kolejne utwory są bardzo jednorodne i zlewają się ze sobą. Po kilku kawałkach zacząłem się powoli nudzić tym występem. Z drugiej strony prawda jest taka, że myślami byłem przy koncercie Iron Maiden. Tego dnia tak naprawdę liczył się dla mnie tylko jeden zespół. Godzinę przed początkiem koncertu Maidens przed sceną zaczął się porządny kocioł. Sporo ludzi już oczekiwało na show i wiele z tych osób chciało być jak najbliżej. Niestety z przodu nie było żadnego wydzielonego sektora i wszystko odbywało się na zasadzie "kto pierwszy ten lepszy". Później to już było: kto silniejszy, ten przetrwa". Wreszcie, nareszcie po bardzo długim oczekiwaniu usłyszeliśmy to, na co wszyscy czekali niecierpliwie. Pierwsze takty utworu "Doctor, Doctor" w wykonaniu UFO wprawiły cały tłum w ekstazę. To już taka tradycja, że przed koncertem zawsze leci ten kawałek. Po chwili rozpoczęło się intro ("Transylvania" z taśmy), a na telebimach zaprezentowano nam filmik z obecnej trasy. Stewardesy w koszulkach Iron Maiden to chyba najlepsza scenka. Wreszcie słyszymy charakterystyczny odgłos zapuszczanego silnika i zaczyna się przemowa Sir Winstona Churchilla z "Declaration Of War". Po słowach "We Shall Never Surrender!" opada kurtyna zasłaniająca całą scenografię i przy pirotechnicznych wybuchach na scenę wpadają muzycy Iron Maiden. Rozpoczęli oczywiście od "Aces High". Przyznam szczerze, że niewiele z tego utworu zarejestrowałem. Pod barierką rozpoczął się niesamowity kocioł. Naprawdę trzeba było piekielnie uważać, żeby nie zaliczyć wywrotki i nie zostać stratowanym przez oszalały tłum. Dodatkowo sporym urozmaiceniem tej walki o przetrwanie byli ludzie, którzy zdecydowali sobie "popływać" nad głowami innych. Ot taki to zwyczaj na Wacken, praktycznie na każdym koncercie. Na szczęście trzymamy się dzielnie i wytrzymujemy napór z każdej strony. Kolejny kawałek "2 Minutes To Midnight" przeleciał równie niepostrzeżenie. W sumie nie przepadam za tym utworem, więc żal mi go nie było... Na szczęście kolejny "Revelations" to dosyć spokojne granie, więc tłum lekko się opanował. A ja wreszcie mogę spokojnie pooglądać scenę. Tutaj jest po prostu rewelacja. Całość w klimacie "Live After Death", czyli witamy w starożytnym Egipcie. Naprawdę rewelacyjne widoki. Muzycy w niezłej formie, na początku koncertu sporo ruchu i biegania po scenie. Tutaj oczywiście Mistrzem Ceremonii jest Bruce Dickinson. Wszędzie go pełno i widać, że ma radochę z tego wszystkiego. Chwila względnego wytchnienia nie trwała długo, zresztą spodziewałem się tego. Przecież kolejna pozycja w setliście to koncertowy klasyk nad klasykami. "The Trooper" i wiadomo czego się spodziewać. Szaleństwo przy barierce, wyśpiewane refreny i Bruce machający Union Jack'iem. Po tym utworze chwila przerwy i pogadanka wokalisty. Ja już wyczekuję następnego kawałka. Wreszcie Dickinson zapowiada "Wasted Years", a ja z lekka odpływam. To po prostu jeden z moich ulubionych utworów Maiden. Szczególnie pyszna solóweczka Adriana Smitha. No palce lizać. Tutaj solidnie sobie pośpiewałem, zresztą nie ja jeden. Dla mnie to jeden z magicznych momentów tego koncertu. Po prostu czekałem na ten kawałek. Chwilę po nim można było usłyszeć wszystkim znane intro zaczynające się od słów:

"Woe To You, On Earth And Sea
For The Devil Sends The Beast Wrath..."


Ten cytat z Biblii to oczywiście początek utworu "The Number Of The Beast". Na scenie po prawej stronie pojawił się efektowny diabełek z czerwonymi oczami, co niewątpliwie dodało uroku temu kawałkowi. Poza tym to standard, czyli wyśpiewane przez publikę refreny i sporo biegania na scenie. Kolejny utwór to "Can I Play With Madness", szczerze mówiąc niezbyt lubię ten utwór i spokojnie oczekiwałem jego końca. Z płyty "Seventh Son Of A Seventh Son" wolałbym każdy inny kawałek. No cóż, nie można mieć wszystkiego. Na szczęście koniec nastał dosyć szybko i Bruce miał swoją chwilę na "gadanie głupot". Serio, takich bzdur to chyba jeszcze nigdy nie słyszałem. W skrócie to było o tym, że blisko Wacken jest Hamburg, a tam morze, no i ponoć kiedyś tam Bronek jadł kiełbasę z albatrosa. Zresztą w Warszawie było coś w podobnym stylu (pojawił się oczywiście Gdańsk). Generalnie to wszystko było oczywiście wstępem do utworu "Rime Of The Ancient Mariner". Bruce jeszcze opowiada chwilę o występach w 1985 roku i pyta, kto był na koncercie w Long Beach Arena, gdy nagrywali "Live After Death". Gdy widzi las rąk, odpowiada ze śmiechem: "You Lying Bastards!". Pogadankę kończy tak jak na wspomnianej koncertówce: "This Is What Not To Do When Bird Shits On You... Riiiime Of The Ancieeeent Mariiiiineeeeeeeer!!!!!". Przyznam szczerze, że kolejne kilkanaście minut to dla mnie najwspanialsza cześć tego koncertu. Na scenie efektowny widok, mieliśmy fragment okrętu z łopoczącymi żaglami, pełno dymu podczas zwolnienia, światła i odgłosy trzeszczącego kadłuba. Całość wywołała u mnie ciarki na plecach. Zawsze chciałem usłyszeć ten kawałek na żywo i nareszcie marzenie stało się faktem. W dodatku oprawa była niesamowita. To zdecydowanie najlepszy moment tego koncertu. Te chwile będę długo pamiętał. Kolejny punkt programu to kolejny "michałek". "Powerslave" to również jeden z moich ulubionych numerów Iron Maiden. Podczas tego utworu zaliczyłem kolejny lekki odlot. Po prostu uwielbiam ten kawałek, szczególnie fragment z solówką. Bruce tutaj wystąpił z maską na twarzy, coś w stylu oryginalnej z "Live After Death". Przypomnę, że tamtą Dickinson kupił na klika dni przed początkiem trasy "World Slavery Tour" w... sexshopie. Kolejne dwa utwory to dosyć ograne koncertowe klasyki. "Heaven Can Wait" jest grany praktycznie co drugą trasę. Natomiast "Run To The Hills" to oczywiście żelazny punkt każdego koncertu. Oba oczywiście wyśmienicie wyśpiewane przez publikę. Wiadomo, przy tych utworach ciężko stać i patrzeć na scenę. Krótko mówiąc - zabawa na całego. Następny w kolejności kawałek to zdecydowanie najbardziej kontrowersyjny punkt programu. To wszystkim znany "Fear Of The Dark", który na koncertach sprawdza się wyśmienicie. Niestety na tej trasie pasował jak kwiatek do kożucha, bo przecież "Somewhere Back In Time" to koncerty wspominkowe z okresu płyt od "Powerslave" do "Seventh Son Of A Seventh Son". Co tutaj robi ten kawałek? nie mam pojęcia. No poprzedniej historycznej trasie takiego kwiatka nie było. No zostawmy już rozważania o celowości umieszczenia "Fear..." w setliście. Tradycyjnie na żywo ten utwór to czysta magia. Rewelacyjne wykonanie, genialna publika (te 80 tysięcy robiło wrażenie) i świetna zabawa. Przyznam, że to był bardzo dobry fragment występu Żelaznej Dziewicy. Naturalnym następcą tego utworu był oczywiście sztandarowy "Iron Maiden". Tutaj to publika pokazała swoje uwielbienie dla zespołu. Praktycznie cały tekst wyśpiewany, tradycyjne "Scream For Me Wacken!!!" i po chwili zespół żegna się z nami. Oczywiście wszyscy mają świadomość, że to nie koniec występu Irons. Chwila oczekiwania i muzycy meldują się ponownie na scenie. Po lewej stronie pojawiła się akustyczna gitara i Adrian wpadając w słowo Dickinsonowi zaczyna grać intro z płyty "Seventh Son Of A Seventh Son". Praktycznie wszyscy to odśpiewali:

"Seven Deadly Sins
Seven Ways To Win
Seven Holy Paths To Hell
And Your Trip Begins

Seven Downward Slopes
Seven Bloodied Hopes
Seven Are Your Burning Fires,
Seven Your Desires..."


Oczywiście dalej poleciał kawałek "Moonchild" i przyznam, że był to świetny wybór muzyków Iron Maiden. Ten utwór znakomicie wychodzi na żywo i dodaje niewątpliwego smaczku na każdym koncercie. Kolejnym bisem był dosyć oklepany "The Clairvoyant" i tutaj jedyną atrakcją było pojawienie się Edwarda jakiego znamy z okładki płyty "Somewhere In Time". Oczywiście było trochę wygłupów ze strony Janicka i Dickinsona, a sam kawałek dosyć dobrze wypadł na żywo. Ostatnia pozycja tego koncertu to nieśmiertelny "Hallowed Be Thy Name". Dla mnie osobiście to jest numer wszechczasów jeśli chodzi o Maiden. Przyznaję się bez bicia, że mam ogromną słabość do tego utworu. Wiadomo o co chodzi... dla mnie to jeden z ważniejszych momentów każdego koncertu Irons. Tym razem było oczywiście tak samo. Niestety wszystko co dobre, szybko się kończy. Nawet nie obejrzałem się i koncert Iron Maiden dobiegł końca. Czas na kilka słów podsumowania. Generalnie to powinienem być zachwycony i wystawić super laurkę. Z twórczości Maiden lubię najbardziej właśnie okres "The Golden Years". Jednym słowem koncerty z tej trasy były uszyte dokładnie pode mnie. Racja, ale jednak do ideału troszkę zabrakło. No cóż... zupełnie nie rozumiem po co został umieszczony w setliście utwór "Fear Of The Dark". Wiadomo, że to świetny koncertowy killer, no ale do założeń tej trasy ma się nijak. Brakowało mi też np. "Caught Somewhere In Time", czy jeszcze innego kawałka z tej płyty. Szkoda też, że Iron Maiden od kilku tras obraca się praktycznie w jednym zestawie koncertowych utworów. Zmiany w setlistach są oczywiste i tutaj naprawdę nie ma jakiejś większej niespodzianki. Od 1999 roku (powrót Dickinsona) grany jest żelazny zestaw klasyków i ewentualnie nowe utwory na trasach promujących nowy krążek. To tyle tytułem narzekania. Pomimo tych niedociągnięć koncert zapadł mi głęboko w pamięć. Rewelacyjny wystrój sceny, znakomite światła i (mimo wszystko) niezła setlista to niewątpliwe atuty. Co do samych muzyków, to trzeba uczciwie przyznać, że jest to już pewien poziom rutyny. Miałem dobre porównanie, bo widziałem Iron Maiden w ciągu tygodnia (Wacken i Warszawa) i te koncerty wyglądały bardzo podobnie. Ta sama setlista, te same gadki Bruce, podobne zachowania muzyków na scenie. Troszkę przypomina to objazdowe DVD, a nie żywiołowe koncerty. Największe plusy to bez dwóch zdań: "Wasted Years", "Rime Of The Ancient Mariner", "Powerslave", "Moonchild", i oczywiście "Hallowed By Thy Name". Dla tych utworów warto było tam być.

Na tym zakończył się pierwszy dzień festiwalu. Powrót na pole prasowe, obowiązkowy posiłek, piwko i do spania. To był bardzo długi dzień, a w piątek karuzela festiwalowa zaczyna kręcić się od rana.

Piątek:

Drugi dzień na Wacken zaczynamy od małej sceny i zespołu Headhunter. Przed występem tego zespołu udaliśmy się z Krzyśkiem na małe zakupy na terenie festiwalu. Podczas oglądania stoisk nad Wacken przeszła potężna ulewa. Na deszcz zanosiło się od samego rana, było parno i bardzo pochmurno. Ulewa spadła dosyć nieoczekiwanie i schroniliśmy się w pierwszym lepszym namiocie. Okazało się, że był to sklepik z... gotyckimi ciuchami (hehe... akurat coś dla nas). Oberwanie chmury trwało dobre kilkanaście minut i po wyjściu na wolność okazało się, że można żyć. Co prawda sporo wody zostało jako kałuże, no ale powietrze stało się przyjemne do koncertowania. Czasu już nie było, więc udaliśmy się czym prędzej pod Party Stage. Tutaj już rozpoczął się występ zespołu Headhunter. Od razu muszę przyznać, że ten koncert był bardzo przeciętny. Bardzo słabe brzmienie, niewielka ilość ludzi pod sceną i wszystko się zupełnie rozmyło. Myślę, że było to spowodowane niedawnym oberwaniem chmury. Po prostu pech kapeli, że grali pierwsi po nawałnicy. Zespół skoncentrował się na najnowszej płycie ("Parasite Of Society") i odegrał z niej większość kawałków. Jak napisałem wcześniej - kiepskie brzmienie odebrało całkowitą radość z odbioru tego występu. Mogę powiedzieć, że koncert przeszedł bez większego echa. Po występie Niemców udaliśmy się pod True Metal Stage na występ zespołu Kamelot. Tutaj Krzysiek powie co i jak:

Na "True Metal Stage", już powoli widać było scenografię Kamelot. Od dawna chciałem zobaczyć Khana i spółkę na żywo, Gumbyy i Black Demon widząc mój entuzjazm ruszyli ze mną, kilka minut oczekiwania i zaczęło się. Pierwsza niemiła niespodzianka to brzmienie, jakoś za głośno, mało selektywnie. Niestety, pogoda spłatała organizatorom małego figla i czasami sprzęt odmawiał posłuszeństwa. Koniec końców, wszystko się jakoś unormowało i show Kamelot można było oglądać w miarę komfortowo. Jak można było się spodziewać, początkowe numery to kawałki z ostatnich dwóch krążków formacji, usłyszeliśmy kolejno "Rule The World", "When The Lights Are Down", "Soul Society", "The Human Stain" oraz "EdenEcho". Największa zabawa zaczęła się jednak dopiero na "Center Of The Universe". Gdy zaraz po nim muzycy odegrali "Karma" publika była już w pełni kupiona. Zresztą, ja osobiście byłem kupiony samym widokiem prześlicznej wokalistki udzielającej się w chórkach. Gdy na scenie zaprezentowała się jeszcze Simone Simmons, Kamelot wcale nie musiał grać... Simone zaśpiewała oczywiście "The Haunting ( Somewhere In Time)". Muzycy powrócili jeszcze szybko do "Ghost Opera", by zagrać tytułowy numer z tejże płyty. Na koniec zostawili sobie jednak dwa potężne hity - "Forever", który odśpiewali prawie wszyscy, włącznie z niżej podpisanym. Uwielbiam ten numer i gdy tylko usłyszałem pierwsze takty ruszyłem do przodu, siłą rozpędu trafiłem pod same barierki. To był dobry ruch, Kamelot bowiem szykował na sam koniec prawdziwą bombę. Roy zapowiedział kolejnego gościa, przez chwilę myślałem, że na scenie pojawi się Shargath, nie było tak dobrze, zamiast niego wyszedł Alex Krull i wszyscy razem zagrali oczywiście "March Of Mephisto". Idealny numer na zakończenie tego naprawdę bardzo fajnego gigu. Teraz chciałbym zobaczyć Kamelot w klubie, myślę, że będzie jeszcze lepiej.

Następna pozycja w festiwalowej rozpisce nie była łatwa do wyboru. O tej samej porze wystąpiły zespoły Soilwork i Sabaton. Po dłuższym zastanowieniu wybór padł na Szwedów. Hehe... no ok, wybraliśmy Sabaton. Kolejny koncert na Party Stage. No i niestety kolejne problemy z dźwiękiem. Coś niedobrego działo się z gitarami, w których czasami brakowało mocy. Na szczęście zespół nadrabiał to zaangażowaniem. Rozpoczęli spokojnie, utworem z nowej płyty. Był to "Ghost Division". Broden tradycyjnie dwoił się i troił na scenie, a Sundstrom z ciągle przyklejonym uśmiechem. Przyznam szczerze, że najbardziej czekałem na dwa kawałki: "Attero Dominatus" i oczywiście "40:1". W pierwszym miałem nadzieję pośpiewać:

"Attero!
Dominatus!
Berlin is Burning
Denique!
Interimo!
The Reich Has Fallen"


Ot taki mój osobisty prztyczek dla... Niemców (hihi). Zastanawiałem się, czy w ogóle Sabaton wykonuje ten kawałek na koncertach u naszych zachodnich sąsiadów. Niby historia, no ale jakoś tak nieswojo można się poczuć, jak zespół śpiewa o "podbijaniu" twojego kraju... Szwedzi zagrali ten utwór bez problemowo, niestety moja "radość" ze śpiewu został szybko ostudzona. Po prostu wszyscy to wyśpiewali i tyle mojego. Drugiego najbardziej oczekiwanego kawałka się nie spodziewałem. Na szczęście doczekałem się. Broden elegancko zapowiedział przed zagraniem, że do tego utworu potrzebuje pomocy. Podszedł do barierek i poprosił o pożyczenie flagi. Była to oczywiście nasza biało-czerwona. Przypomniał też, że tekst do tego utworu jest opisem prawdziwych wydarzeń i w skrócie opowiedział historię bitwy pod Wizną. Po chwili poleciał z tekstem:

"Baptised In Fire
Fourty To One"


Przyznam, że podczas tego kawałka było mi bardzo miło, że zespół Sabaton napisał utwór o naszych bohaterach. Podczas fragmentu:

"Always Remember A Fallen Soldier
Always Remember Fathers And Sons At War
Always Remember A Fallen Soldier
Always Remember Fathers And Sons At War
Always Remember A Fallen Soldier
Always Remember Buried In History"


byłem nawet lekko wzruszony. Co do flagi, to Broden w chwili instrumentalnego grania stał z nią na samej górze sceny. Rozpościerając ją w rękach nad głową. Muszę przyznać, że zaskarbił sobie chłopak u mnie dobre piwo. Nie omieszkam wywiązać się z tej obietnicy podczas kwietniowych koncertów w Polsce (a co!), wszak usłyszeć "40:1" na niemieckiej ziemi... bezcenne. Szwedzi z nowej płyty zagrali jeszcze "Cliffs Of Gallipoli", "Panzerkampf". Z "Attero Dominatus" oprócz utworu tytułowego było zagrane "Rise Of Evil" i "Light In The Black". Z "Primo Victoria" również nie zabrakło kawałka tytułowego, ponadto było grane: "Panzer Battalion" i "Into The Fire". Na koniec tradycyjnie dostaliśmy "Metal Medley", czyli połączone "Metal Machine" z "Metal Crue". To był bardzo dobry koncert, do ideału zabrakło... brzmienia. Oczywiście tutaj nie ma mowy o winie zespołu i na to wziąłem poprawkę. Sabaton na żywo to prawdziwa metalowa maszyna.
Prosto z koncertu Szwedów udaliśmy się na występ Sonata Arctica. Znudzony byłem już podczas pierwszego utworu, a w sumie wytrzymałem ze trzy. Więcej może Krzysiek napisze.

Krótki rzut oka na rozpiskę... Sonata Arctica. Gumbyy odpuszcza temat, ja i Paweł decydujemy się zostać. Widziałem już raz Sonatę na Wacken, było to kilka lat temu, wtedy kiedy jeszcze zespół prezentował naprawdę dobrą formę. Ostatnie dokonania Finów jednak na kolana mnie nie powalają. Nie spodziewałem się więc rewelacji, oczekiwałem po prostu solidnego koncertu. Co ciekawe, dawno nie widziałem takich tłumów pod sceną około godziny osiemnastej. Widać Sonata Arctica ma w Niemczech ogromną rzeszę fanów. Finowie zagrali w sumie solidny koncert, początek w postaci "In Black And White", "Paid In Full" czy "Kingdom For A Heart" może nie zachwycił, potem jednak przy klasykach takich jak "Replica" czy "Fullmoon" można było się naprawdę solidnie pobawić. Zresztą, na ten drugi numer czekałem najbardziej. Zaraz po nim zdecydowaliśmy się udać na lekki odpoczynek. Gdy przebijaliśmy się przez tłum Sonata zagrała jeszcze "Gravenimage" i "Black Sheep". Ostatnim numerem jaki sobie nuciłem pod nosem omijając tabuny fanów był "Don't Say A Word". Jako ostatni muzycy zaserwowali "The Cage", którego już nie słyszałem.

Idąc do namiotów widzieliśmy, że na Black Stage kończyły się już przygotowania do koncertu Opeth. Występ ten nie interesował mnie jednak zupełnie. Wolałem zregenerować siły na kolejne atrakcje. Przed nami były jeszcze przynajmniej cztery dość solidne koncerty.

Wypoczęci, najedzeni i napojeni polskim piwem meldujemy się przed True Metal Stage tuż przed koncertem Children Of Bodom. Ostatni występ dzieciaków na Wacken pozostawił po sobie bardzo niekorzystne wrażenia. Tym razem oczekiwałem już prawdziwej masakry. Finowie stanęli na wysokości zadania. Zagrali zdecydowanie najlepszy koncert tego dnia, pełen energii i metalowego żywiołu. Taki koncert, jakiego się po Children Of Bodom spodziewałem. No ale po kolei.

Zaczęło się jeszcze w miarę spokojnie, od "Sixpounder", potem stan ten podtrzymał "Hellhounds On My Trail". Zaraz po nim Dzieciaki postanowiły jednak szybko zburzyć sielankę, dostaliśmy prosto w twarz. "Silent Night, Bodom Night", a później już nie było przebacz... "Follow The Reaper", "Living Dead Beat" i "In Your Face", który osobiście baaaaardzo lubię. Było nieco staroci więc siłą rzeczy musiał się pojawić jakiś nowy numer, cieszy mnie, że muzycy wybrali "Banned From Heaven", jeden z nielicznych naprawdę świetnych kawałków z ostatniej płyty formacji zatytułowanej "Blooddrunk". Alexi chwilę pogadał a my szybko wymieniliśmy się wrażeniami, wszyscy byli zgodni, Children Of Bodom byli tego dnia w cholernie dobrej formie. Na taki koncert czekałem od lat. Nie czas jednak na wspominki, muzycy lutują już "Needled 24/7", zaraz po nim panowie pozwolili sobie na odrobinę luzu, chyba nawet więcej niż odrobinę... Janne "Warman" Wirman miał rozpocząć kolejny numer, chłop tak się zapalił na tą myśl, że pomylił własny materiał z materiałem Rihanny. Usłyszeliśmy więc przeróbkę "Umbrella" na metalowo. Wirman nie miał jednak dość, kolejnym numerem był... "Jump" z repertuaru Van Halen. Laiho wreszcie nie wytrzymał, zrugał swojego klawiszowca, ten wyraźnie zasmucony powrócił do swojego repertuaru. "One Day You Will Cry" na żywo robi naprawdę solidne wrażenie, zresztą ten numer również wybija się z nowej płyty. Potem muzycy postanowili znowu pogrzebać w starociach, na głowy zebranych spadły kolejno "Mask Of Sanity", "Deadnight Warrior" i "Hate Me!" co wywołało euforię wśród zebranych. Mi osobiście do szczęścia brakowało "Angels Don't Kill", traf chciał że zanim zdążyłem się podzielić tą myślą z Gumbyy'm, Laiho i spółka zaczęli charakterystycznym intrem i moje życzenie stało się faktem. Zanim Children Of Bodom zniknęli ze sceny dostaliśmy jeszcze tytułowy numer z ostatniej płyty. Chwila przerwy, kilka głębokich oddechów i lecimy dalej. Na sam koniec Dzieciaki postanowiły dobić leżących, najpierw "Hate Crew Deathroll", zaraz po nim "Downfall" i po publice nie było co zbierać. Przyznam szczerze, że po takim koncercie koncertowa wartość Children Of Bodom znacznie u mnie wzrosła. Zawsze coś było nie tak, tym razem jednak wszystko zadziałało jak w zegarku, brzmienie, świetny set, kilka niespodzianek, do tego pirotechnika i naprawdę żywiołowe zachowanie muzyków na scenie. Oby więcej takich koncertów, tym razem już w Polsce.

Zmęczeni i uśmiechnięci kierujemy się do namiotów, uwagę naszą jednak przykuwa ogromny tłum i scenografia "Black Stage". Pełno różnych instrumentów, krzesełek przeznaczonych dla orkiestry, zaciekawieni postanawiamy chwilę zostać i zobaczyć cóż to będzie za kapela. Corvus Coraz... nazwa nikomu z nas nie mówiła kompletnie nic. Jak już muzycy pojawili się na scenie i rozpoczęli show, wiedzieliśmy, że czym prędzej należy kierować się do wyjścia. Nie wiem kto wcisnął taki zespół w tzw. "Prime Time", kpina i tyle.

Po rewelacyjnym koncercie Children Of Bodom od razu udaliśmy się pod Party Stage. Tutaj swój występ rozpoczął zespół The Haunted. No i ponownie spore rozczarowanie. Lubię dwie pierwsze płyty tego zespołu i jakimś wielkim fanem nie jestem. Po tym koncercie nic się nie zmieniło. Ponownie marne brzmienie, a co gorsze to zespół jakiś taki zblazowany na scenie. Mało życia, mało energii i nie grali staroci. Niestety. Nawet nie pamiętam, czy dotrwaliśmy do końca występu Szwedów. Fakt, że po potężnym show Children Of Bodom poprzeczka została zawieszona wysoko, no ale... Trudno, może innym razem będzie lepiej.

Kilkanaście minut po północy (to nie tak późno na Wacken) na scenę wkroczyła baśniowa ekipa Tobiasa Sammeta, czyli Avantasia. Generalnie nie jestem wielkim fanem tej kapeli. Powiem nawet, że bardzo rzadko sięgam po jej twórczość. Przed Wacken (i nawet do teraz) nie poznałem najnowszego wydawnictwa. Na koncert poszedłem bardziej z ciekawości niż jakiegokolwiek ciśnienia. I zupełnie nie żałowałem. Koncert całkiem przyjemny, momentami wręcz porywający. Gdyby wywalić kilka balladowych dłużyzn byłoby jeszcze lepiej. Nie zabrakło sporej wpadki podczas tego koncertu. Gościnnie śpiewał tutaj sam Jorn Lande. Niestety przez pierwsze trzy utwory był zupełnie niesłyszalny. Facet się spinał, śpiewał, gadał do publiki i nic nie było słychać. Pod koniec 4 kawałka wreszcie można było go usłyszeć, co wzbudziło niesamowity aplauz na widowni. Cały koncerty oceniam zdecydowanie na plus. Po tym koncercie wracamy na pole namiotowe. Cały dzień na nogach, a człowiek i głody i spragniony. Zasłużony posiłek i w sumie stwierdzam, że przejdę się zobaczyć co wyczynia Gorgoroth na scenie. W sumie wielkie nic. Muzyka to zupełnie nie moja bajka, a scenografia... no wiadomo. Golasy na krzyżach... nie zrobiło to na mnie większego wrażenia. Tradycyjnie 3-4 kawałki i podziękował. To jeszcze nie koniec wrażeń tej nocy. O punktualnie o godzinie drugiej na Party Stage zaczyna swój występ Creamtory. W sumie nie miałem nic lepszego do roboty (taaa ;)), więc udałem się w tamtym kierunku. Pod sceną sporo ludzi i niezła impreza. Niestety nie wytrwałem zbyt długo, zmęczenie wygrało. Po kilku utworach ewakuowałem się na pole namiotowe.

Tymczasem Krzysiek...

Ostatnie numery Avatasii postanowiliśmy z Black Demonem "umorzyć" i zająć miejsce przy barierce na kolejny koncert. Od zawsze chciałem zobaczyć Crematory, był to dla mnie jeden z najbardziej wyczekiwanych koncertów tegorocznej edycji festiwalu. Szkoda, że Niemcy musieli grać na małej scenie o tak późnej porze (2 w nocy) ale cóż, i tak warto było nieco się pomęczyć.

Jak wspomniałem, zajęliśmy z Pawłem miejsce przy samych barierkach praktycznie na środku sceny, mieliśmy więc cały zespół na wyciągnięcie ręki. Niemcy mieli za zadanie rozbudzić nieco zmęczony i przede wszystkim senny tłum, który przyznać trzeba, zbyt liczny nie był. Na dużej scenie produkował się właśnie Gorgoroth, który odebrał z pewnością Crematory nieco publiki. Nie warto się nad tym jednak rozwodzić, Niemcy bowiem zagrali naprawdę przyjemny koncert. Usłyszeliśmy sporo starych hitów takich jak nieśmiertelne "Tears Of Time" czy "Temple Of Love". Z Pawłem domagaliśmy się najbardziej numerów ze świetnej "Believe", te też się pojawiły, niestety nie było ich zbyt wiele. Cieszył "The Fallen", który chóralnie odśpiewaliśmy. Dużo, co oczywiste, muzycy grali z ostatniej płyty zatytułowanej "Pray" i co bardzo nas zdziwiło, z przeciętnej "Klagebilder". Trzeba było jednak pamiętać, że jesteśmy w Niemczech, fani na niemieckojęzyczne numery reagowali tak samo entuzjastycznie, jak na stare klasyki. Zdecydowanie najbardziej pozytywne wrażenie z koncertu Crematory pozostawiła po sobie... córka Katrin i Haralda. Bardzo młodziutkie dziewczę dzielnie czekało, aż rodzice skończą swój koncert. Dziewczynka kilka razy postanowiła w przerwach pomiędzy numerami udać się do mamy, czym wywoływała mnóstwo serdecznych uśmiechów, zarówno pod, jak i na scenie. Ogólnie koncert Crematory wydawał się taki ciepły, rodzinny. Szkoda, że po ostatnim numerze ("Perils Of The Wind") zaśpiewanym a'capella przez gitarzystę Matthiasa Hechlera, zespól dostał wyraźny komunikat, iż należy kończyć. Rozumiem, że pora była późna, ale nikt po Crematory już nie grał, dwa numery więcej z pewnością nikogo by nie zabolały. Skoro techniczni siedzieli do 3, mogli posiedzieć i 10 minut dłużej. No ale to Niemcy, miała być godzina, była godzina. Może innym razem będzie nieco dłużej, oby na dużej scenie.

Wróciliśmy z Pawłem na pole namiotowe niesamowicie zadowoleni, nasza wesoła gromadka już spała, tylko Gumbyy coś tam majstrował w namiocie. Szybkie piwo, jakaś kanapka i spać. Była przecież prawie 4 w nocy.

Sobota:

W sobotę od samego rana był tylko jeden temat: Wacken Metal Battle. Na godzinę 14.15 zaplanowano początek występu naszego Chainsaw. Od rana niemiłosierny upał dawał się we znaki i zapowiadało się na ciężki wackenowski dzień.

Po śniadaniu musimy zmierzyć się z kolejnym dylematem. Machine Men czy 3 Inches Of Blood. Chłopaki z Chainsaw wybierają Finów. Cóż, niech będzie, całą ekipą udajemy się pod scenę, czeka nas spory spacer, Machine Men grają bowiem na Party Stage. Gdy wchodzimy na teren festiwalu, na Black Stage meldują się właśnie Kanadyjczycy. Stwierdzamy, że zostaniemy przynajmniej na jeden numer. Muzycy o ile mnie pamięć nie myli zaczęli od "Trial of Champions", zagrali go z taką energią, że szybko zdecydowaliśmy, że zobaczymy jeszcze jeden numer. Cam Pipes postanowili jednak zatrzymać nas na dłużej. Pipes zapowiada, że zaprezentują nam mieszankę swoich najlepszych numerów. Krótka piłka, zgodnie twierdzimy, że zostajemy i cieszymy japy aż do końca koncertu. Ze sceny lecą killery głównie z dwóch ostatnich płyt ("Fire Up The Blades" oraz "Advance And Vanquish"). Przyznać trzeba, że mimo bardzo wczesnej pory, muzycy 3 Inches Of Blood świetnie nakręcają nas na dalszą część dnia, mieszanka szybkiego heavy i power metalu, podlana metalcore'owym sosem pozwoliła nieco się obudzić. O ziewaniu nie było mowy na kolejnej kapeli, Panie i Panowie... thrash metalowa maszyna do zabijania - Exodus!

Po genialnym i niszczącym występie Kanadyjczyków zmieniamy scenę i z Pawłem udajemy się w okolice barierki. Za chwilę rozpocznie się kolejny killer koncert, bo na scenie pojawią się thrash metalowcy z Exodus. Z Pawłem udajemy się jak najbliżej barierki. O dziwo jakoś bez problemu dostajemy się prawie na sam przód. No cóż... jak dają to trzeba brać przecież. Początek koncertu zdecydowanie się opóźnia, co na Wacken normą nie jest. Po kilkunastu minutach wreszcie coś zaczyna się dziać. Dym na scenie i intro w głośnikach. Hmm... dziwna sprawa z tym intro, bo nie dość, że jakieś takie dziwne, to zauważyłem zza sceną... Garego Holta. KE? Leci intro, kapela lada moment wysypie się na scenę, a ten sobie stoi gdzieś z tyłu i najnormalniej ma to wszystko w poszanowaniu. Zgłupiałem oczywiście. Po chwili muzycy meldują się na scenie... a ja zaczynam rechotać. Przecież to jakiś inny zespół. Nie ma mowy o koncercie Exodus. Po chwili jak niepyszni oddaliliśmy się z pod sceny. Sprawa wyjaśniła się później. Organizatorzy w ostatniej chwili zmienili rozkład jazdy (Exodus zagrał 2 godziny później). Tym sposobem "zarobiliśmy" godzinę wolnego czasu. Wracamy na pole, trzeba podnieść na duchu Chainsaw, Bydgoszczanie za godzinkę z kawałkiem dołączą do wąskiego grona polskich kapel, które zagrały na Wacken. Bierzemy wszystkie graty i udajemy się całą gromadą na "W.E.T. Stage". Ja z rozrzewnieniem spoglądam w stronę małej sceny. Tam za kilkanaście minut zagra Mercenary, jedna z moich ulubionych w ostatnim czasie kapel, niestety obejdę się smakiem. Inna sprawa, że dla Chainsaw na Wacken poświęcił bym i dużo lepsze kapele. Trzeba przecież być z chłopakami, wszak otwiera się przed nimi ogromna szansa. Zresztą, samo wystąpienie na Wacken to już ogromna sprawa. No ale o tym wszystkim opowie Gumbyy...


Atmosfera w zespole lekko nerwowa, stresu nie dało się ukryć. Zresztą nie ma co się dziwić. Ostatnie przygotowania i nadszedł czas ruszać w kierunku W.E.T. Stage. Chłopaki udają się zza scenę i zaczynają motać sprzęt, a ja z dosyć dużej odległości przyglądam się... Holy Moses. Właśnie trwa ich koncert na Black Stage. Niewiele słychać, bo wszystko zagłusza kapela grająca na W.E.T. Stage (z Grecji). Na scenie oczywiście sporo Sabiny i machania głowami. Efektownie wygląda młynek fanów, którzy z tej odległości wyglądają jak jeden organizm. Chainsaw powoli instaluje się na scenie, a ja udaję się pod barierkę. Występ Pilarzy oceniam bardzo dobrze. Mam porównanie, bo widziałem chłopaków kilka razy i to zdecydowanie był jeden z lepszych koncertów. Świetne brzmienie i żywiołowe zachowanie na scenie. Tutaj naprawdę słowa uznania się należą. Rzadko który zespół przez cały koncert robi na scenie połowę tego, co chłopaki wykonali już w pierwszym kawałku. Bardzo lubię jak jest sporo życia w muzykach, a nie tylko granie w miejscu. Zresztą Chainsaw to bardzo doświadczona koncertowo załoga, z niejednego pieca chleb jedli i to widać. Zespół zaprezentował 3 nowe utwory: "Supernature's Queen", "The Beast" (to jest killer!) i "Callanish" (który w podroży przerobiłem na "Ich Liebe Dich" - szkoda, że Maxx zapomniał, że ma tak zaśpiewać). Nowe kawałki na żywo to niezła żyleta, ciekawe czy na płycie będzie podobnie. Reszta setlisty to: "Obsession", "Canton Eyes", "Doringen". Pilarze zostali docenienie przez między narodowe Jury i zajęli... 2 miejsce. No cóż, znowu niewiele zabrakło do wygranej. Jakiś nasz pech z tymi drugimi miejscami. Przypomnę, że rok wcześniej taką samą pozycję zajął Corruption. Oby w 2009 roku wygrana wreszcie był nasza (hehe). Po koncercie szybkie pakowanie sprzętu i powrót na pole prasow. Tymczasem na Party Stage już łomoczą thrash metalowcy z Exodus. Tym razem bez wątpienia mamy właściwy zespół na właściwym miejscu...

Wytatuowany od stóp do głów Rob Dukes, ubrany w bardzo "patriotyczne" spodenki zaczął od tego, że dziś nie będzie lekko, że fani mają pod sceną rozpętać piekło ponieważ... zamierza to wszystko nagrywać. Nakręcał, nakręcał i nakręcał, aż wreszcie doprowadził fanów do tzw. stanu "pełnej kurwy". Chwycił kamerę i rejestrował ciesząc przy okazji swą japę niemiłosiernie. Inna sprawa, że sam nie pozostawał dłużny miłośnikom zespołu. No ale każdy kto przynajmniej raz widział na żywo Exodus z Dukesem wie o czym piszę. Ten gość to istne zwierze, lata, krzyczy, biega, opieprza fanów. Chłopaki z Exo lepiej trafić nie mogli wybierając nowego frontmana. A co o samym koncercie? Exodus jak zwykle zabił i jeńców nie zabrał. Muzycy zaprezentowali set złożony głównie z "Bonded By Blood" i dwóch ostatnich krążków. Nowe numery takie jak "Children Of A Worthless God", "War Is My Shepherd" czy przede wszystkim "Deathamphetamine" nie ustępowały ani trochę starym klasykom, które Dukes wyryczał perfekcyjnie. Zresztą, cały zespół zaprezentował klasę światową. Grali nieco popołudniu, a lutowali tak, jakby była co najmniej 22, a pod sceną kotłowało się ze 100 tysięcy fanów. "Strike Of The Beast" zagrane na sam koniec pozabijało nas totalnie. Exodus to jednak klasa, nic tylko nagrywać i pokazywać młodym. Zawsze jest na co popatrzeć. Zresztą chwalić można ich nie tylko za to co wyprawiają na scenie, kilka godzin po koncercie spotkaliśmy chłopaków na backstage. Cyknęliśmy fotki z Dukesem i Altusem, pogawędziliśmy, pośmialiśmy się. Gdyby nie to, że w grafiku było jeszcze kilka koncertów do zobaczenia, pewnie skończyłoby się na kilku piwkach z zespołem. Innym razem już nie odpuścimy.

Po obiedzie ruszyłem na mały rekonesans, najpierw kilka kawałków Hatebreed, potem nieco zakupów, kilka kawałków As I Lay Dying. Traf chciał, że udało mi się usłyszeć mój ulubiony numer tej kapeli - "Forsaken". Zresztą, żałuję nieco, że nie widziałem całego gigu Amerykanów. Wszak to zdecydowanie pierwsza liga metalcore'a. To co widziałem jasno tylko tę tezę potwierdzało. Na Carcass rzuciłem tylko okiem, nigdy nie przepadałem za poprzednim wcieleniem braci Amott. Z dziennikarskiego obowiązku dodam, że gościnnie z muzykami wystąpiła Angela Gossow siejąc jak zwykle solidne spustoszenie podczas "Incarnate Solvent Abuse". Ja oglądając show Carcass odliczałem już tylko minuty do bardzo wyczekiwanego przeze mnie koncertu. Od kilku lat chciałem zobaczyć Killswitch Engage, wreszcie się doczekałem.

Killswitch Engage to kapela, dzięki której "otworzyłem" się na nieco nowoczesne granie. Od tamtego momentu darzę ich szczególnym sentymentem. Na Wacken dostałem dokładnie tego, czego się spodziewałem. Muzycy rzucali hitami jak z rękawa. Z ostatniego krążka usłyszeliśmy "This Fire", "Arms Of Sorrow", "As Daylight Dies". Nie zabrakło jednego z największych klasyków formacji - "My Curse", który odśpiewany został chyba przez wszystkich zebranych pod sceną. Howard Jones ubrany jak "Bob Budowniczy" biegał po całej scenie i zachęcał fanów do wspólnego śpiewania. Praktycznie każdy kawałek wyglądał tak, że Jones śpiewał zwrotki a refreny przekazywał publice, która przy pomocy Adama Dudkiewicza naprawdę nieźle dawała radę. Wspomniany gitarzysta jak zwykle dał popis, oprócz strojenia głupich min, biegania dziwacznym krokiem po scenie, tym razem zrobił coś więcej, odegrał specjalną piosenkę dla wszystkich, jak to sam nazwał "emo cipek". Adam po raz kolejny udowodnił, że poczucie humoru ma naprawdę "specyficzne". Inna sprawa, że było się z czego pośmiać. Wracając jednak do samego koncertu, muzycy nie zapomnieli o nieco starszych numerach takich jak "End Of Heartache", "Breathe Life" (o ile mnie pamięć nie myli) czy "Rose of Sharyn", przy którym rozpętało się prawdziwe piekło. Fani rozkręcili taki circle pit, że głowa mała. Dzieło zniszczenia zostało kontynuowane podczas "This Is Absolution", do którego muzycy postanowili sobie na Wacken nakręcić teledysk, bardzo miło z ich strony. Zresztą, rzućcie sobie okiem na YouTube, jest co obejrzeć. W secie nie mogło zabraknąć również "My Last Serenade" i na sam koniec "Holy Diver" dedykowanego wszystkim klasycznym metalowym kapelom. Ten ostatni muzycy zagrali w strugach deszczu, nie przeszkodziło to jednak fanom dać z siebie wszystko. Kilkadziesiąt tysięcy ludzi skaczących w jednym tempie... niezapomniane wrażenie. Coś mi się wydaje, że Killswitch Engage na małej klubowej scenie muszą zabijać, zabijać na śmierć.

Po występie Killswitch Engage fundujemy sobie godzinną przerwę. Około godziny 22.30 wyruszamy na koncert... Nightwish. Hehe... kiedyś z Krzyśkiem widzieliśmy tą kapele 3 razy w ciągu miesiąca. Śmiejemy się z tego do dzisiaj, że tacy z nas ortodoksyjni fani, że zrobiliśmy rundkę Polska-Czechy-Niemcy za Nightwish. Tym razem poszliśmy sobie popatrzeć jak nowa wokalistka sprawdza się na żywo. Dodatkowo koncerty tej kapeli to za każdym razem niezłe widowisko i jest na co popatrzeć. Niestety tym razem byliśmy srogo zdegustowani. Krótko mówiąc Anette Olzon Blyckert to bardziej pasuje do Fasolek, a nie metalowej kapeli. Dziecinne zachowanie, mizdrzenie się do fanów niczym podlotka i sporo głupotek wypowiedzianych ze sceny. Słabe to było. Wokalnie też bez rewelacji. Na szczęście reszta kapeli na swoim wysokim poziomie i to jakoś uratowało ten koncert. No i oczywiście pod koniec na scenie zrobiło się chyba troszkę zimno, bo można było zobaczyć conieco na telebimach. Ku uciesze męskiej części fanów. Ot taki bonusik dla facetów. Największe wrażenie zrobiły na mnie oczywiście koncertowe klasyki "Nemo", "Wish I Had An Angel" i niezniszczalny "Fish...", wróć... "Wishmaster". Krzysiek nawet sobie pośpiewał cały kawałek. Dla odmiany w wersji "Fishmaster", czyli tzw. Misheard Lyrics. Ogólnie koncert bardzo przeciętny. Panna wokalistka położyła wszystko. Nam nie pozostało nic innego jak przemieścić się pod drugą scenę i tutaj oczekiwać na występ Niemców z Kreator. Specjalnie o tym koncercie nie będę się rozpisywał. Kto chociaż raz uczestniczył w tym szaleństwie, to wie co i jak. Ktoś nie obeznany musi sobie wyobrazić: moc, agresja, szaleństwo, opętanie i Mille Petrozza ze swoim charkotliwym głosem. Dźwięk żyleta, a jak wiadomo Kreator nie ma w zwyczaju brać jeńców. Tutaj jestem zgodny z Krzyśkiem: "ten zespół mógłbym oglądać na żywo co miesiąc". Rozpoczęli od "Violent Revolution" i pod sceną od razu było piekło. Dodatkowo Mille nieźle podkręcał atmosferę. Apogeum było jak powiedział, że dzień wcześniej grali w Polsce (Przystanek Woodstock) i tam fani zrobili taki młyn, że głowa mała. Petrozza zarzekał się, że jeszcze takiego nie widzieli na swoim koncercie. Hehe.. rzeczywiście musiało być srogo skoro wspominał o tym w innym kraju. Moim "michałkiem" tradycyjnie "Phobia", po prostu mam mega słabość do tego kawałka. Mille lekko przygaszony, jakby zmęczony. Pod koniec jednak walną taką przemowę przed kawałkiem "Flag Of Hate" (w tym swoim "zacisniętozębowym" stylu), że poezja. Czapki z głów. Setlista typowa, nie zabrakło oczywiście "Tormentor", "Pleasure To Kill", "Extreme Agression", "Enemy Of God" itp. itd. Wiadomo.

Występ Niemców to dla nas ostatni akt tego Wacken Open Air. Był jeszcze pomysł koncertu Lordi, no ale nasz drajwer Roman prosił o jak najszybszy powrót, bo wracać musieliśmy od razu. Wcześniej ustaliliśmy, że po Kreator wracamy do Polski. I tak też się stało. Chwilę jeszcze czekamy na maruderów (namioty i bagaże dawno spakowane) i wyruszamy w kierunku domu. Żegna nas deszcz. Zmęczenie materiału jest wielkie i dosyć szybko wszyscy usypiają. Budzę się dopiero nad ranem, na jakimś parkingu. Wciąż jesteśmy w Niemczech. Tutaj gwiazdą jest Butelka, który ni stąd, ni zowąd wyciąga plecak pełen... Żywca w puszcze. Grześ tak dobrze schował piwko, że dopiero w drodze powrotnej je odnalazł. Dalsza podróż to spanie i przerwy na zakupy w kolejnych sklepach. Do Bydgoszczy dojeżdżamy koło 15-tej. Tutaj nasza wesoła gromadka rozstaje się i udajemy się z Pawłem na dworzec PKP. Pociąg mamy za godzinę, więc mamy czas na jakiś szybki posiłek. Droga do Wrocławia to już jedno wielkie spanie. Wygodnie, bo poleżeliśmy sobie w przedziale. Do domu docieram późnym wieczorem. Tutaj mogę zrobić dwie rzeczy: kąpiel i spanie.

Wacken Open Air 2008 to był kolejny udany festiwal. Troszkę inny od 3 poprzednich na których byłem, a to za sprawą tak licznego wyjazdu. Wiadomo, że im więcej ludzi, tym większe zamieszanie i ogólnie jest ciekawiej.

Na koniec Thanks & Hello: Krzysiek, Black Demon, Chainsaw Family, Anioł & Magda, Butelka, Witek, Ostry, Hetfield, Boodzik... i kilka osób spotkanych na różnych koncertach... no i nasz driver Roman!


Fotki:




Autor: Gumbyy & Krzysiek

Data dodania: 27.04.2009 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!