Dzisiaj jest: piątek 24 marca 2017 r. "Always Look On The MetalSide Of Life!" - Luigi


   Relacje


Cage - Ostrava


Cage
Tancirna, Ostrava - 16.05.2009 r.



AKT I
Przygotowania

Informacja o polskim koncercie zespołu Cage pojawiła się w połowie lutego. Toruńska lokalizacja wzbudziła u mnie spore zaskoczenie. Jedyny koncert w naszym kraju zagranicznego zespołu i Toruń? Dziwne. Wkrótce okazało się, że 17 maja w Toruniu odbędzie się... polski finał Wacken Metal Battle. Organizatorzy WMB od razu zaprzeczyli, jakoby mieli coś wspólnego z ewentualnym koncertem Cage. To już było zupełnie dziwne. Dwa koncerty jednego dnia w Toruniu? Przecież wackenowski finał to darmowa impreza, a wśród gości miały zagrać m.in. zespoły Chainsaw i Turbo. Przyznacie, że wyglądało to dosyć dziwnie... W niedługim czasie organizator gigu Cage (Total Concerts) postanowił przenieść imprezę do Poznania. Przyznam, że ta lokalizacja bardziej mi pasowała. Do stolicy Wielkopolski mam po prostu znacznie bliżej, niż do Torunia. Okazało się również, że Total Concerts odpowiada za dwa wcześniejsze koncerty w Czechach (15-go w Pradze i 16-go w Ostravie). Jako support na tych 3 koncertach zapowiedziano toruński zespół Deathcaller.

Na kilka dni przed polską datą pojawiła się informacja, że koncert z Poznania został przeniesiony do Warszawy. To już było bardzo dziwne. Takie nerwowe ruchy w przededniu koncertu sugerowały, że nic z tego nie będzie. Kto o zdrowych zmysłach w ostatniej chwili przenosi koncert do innego miasta? Po co? Przecież to całkowicie rozwala promocję i powoduje sporą dezinformację. Zresztą każda osoba, która w stopniu minimalnym ma pojęcie o organizacji koncertów wie o co chodzi. Do tego dodajmy, że przedsprzedaż biletów stała na niskim poziomie. W tamtym czasie napisałem na forum:

" ... to 'ostatni' koncert i np. Praga + Ostrava szału nie będzie, do tego minimalna ilość biletów w przedsprzedaży i może być pozamiatane"

W tej sytuacji postanowiliśmy (CormaC i ja), że jedziemy jednak do Ostravy. W polski koncert jakoś nie chciało mi się wierzyć...

16 maja wyruszyliśmy do Ostravy w dosyć dobrych humorach. Co by tu nie mówić, ale na koncert Cage to byłem napalony jak nastolatek na starszą siostrę kolegi (hehe). Na miejscu mamy spotkać się z kolegą Adamem (forumowy Ramza). W czasie podróży sporo rozmawiamy na temat organizacji polskiego koncertu i ogólnie polskich "fanów" metalu co to na koncerty nie chodzą. W pewnej chwili zażartowałem sobie: "mam nadzieje, że na miejscu nie zastaniemy zamkniętego klubu i kartki na drzwiach z informacją o odwołanym koncercie". Jak tylko wypowiedziałem ostatnie słowa to otrzymałem smsa z informacją, że warszawski koncert został odwołany. Przyznam, że moje żartobliwe czarnowidztwo lekko mnie zmroziło. Miny nam oczywiście zrzedły i nadzieja na koncert bardzo zbladła. Próbujemy telefonicznie ustalić co się stało, ale oczywiście jasnej odpowiedzi nie ma. O statusie ostravskiego koncertu nic nie wiadomo. No cóż... nie pozostało nic innego jak jechać dalej. W Ostravie meldujemy się około godziny 19-tej. Krótkie poszukiwanie klubu, wreszcie odnajdujemy odpowiedni adres i wchodzimy w bramę. W okolicy nie widać oczekujących na koncert ludzi, ogólnie nic się nie dzieje. Tancirna (tak nazywa się ten lokal) mieści się na... 3 piętrze dosyć starej kamienicy. Wchodzimy po schodach i wciąż dziwią nas zupełne pustki. Nawet plakatów reklamujących koncert nie widać. Wreszcie stajemy przed drzwiami do klubu, które są szeroko otwarte. W pobliżu nie ma żywego ducha, więc po prostu wchodzimy do środka...

AKT II
Żenada

Klub jest zupełnie pusty. Na scenie zero sprzętu muzycznego, a z głośników leniwie sączy się jakaś muzyka. Przy barierce stoi kilka osób i przypatruje się nam z zaciekawieniem. Moja myśl w tej chwili: "co do diabła?" O tej porze to klub powinien już żyć koncertem. Scena powinna być gotowa do występu pierwszego supportu. Z tych rozmyślań wyrywa mnie głos, który po angielsku pyta:

- Jesteście zespołem? Supportem?

Rozwaliło to nas zupełnie i zapewne miny mieliśmy nietęgie, więc u pytającego pojawił się charakterystyczny gest gry na gitarze. Po chwilowym szoku ogarniamy się i zgodnie odpowiadamy:

- nie, przyjechaliśmy na koncert.
- przyjechaliście zobaczyć Cage?
- no jasne...
- cześć, jestem Sean Peck. Miło was poznać.


W czapeczce, okularach i w półmroku klubu nie rozpoznaliśmy wokalisty Cage. Sean podszedł się przywitać, a po chwili reszta kapeli otoczyła nas wianuszkiem. Okazało się, że w klubie są tylko muzycy Cage, ich manager, oraz barmanka i barman. Po dłuższej rozmowie znamy już wszystkie szczegóły zaistniałej sytuacji.

Niestety nie wygląda to zbyt różowo. Organizator koncertów z Total Concerts ulotnił się wraz z polskim supportem po koncercie w Pradze. Cage zostali sami sobie bez kasy (nawet za ten pierwszy koncert) i backline (polski support za to odpowiadał). Klub w Ostravie oczywiście też nie został opłacony, a koncert nie miał żadnej promocji. Organizator przez cały dzień oczywiście nie odbierał telefonu. Słuchając tego wszystkiego czułem się ogromnie zażenowany. Po prostu było mi wstyd, że doszło do takiej sytuacji. Gówniarskie i nieodpowiedzialne zachowanie "organizatora" było poniżej jakiejkolwiek normy. Tymczasem dostaję smsa, że polski koncert jednak się odbędzie. Widząc co się dzieje w Czechach i jak wygląda sytuacja organizacyjna, to brzmi to bardzo absurdalnie. Ciekawe kto w Polsce sugerował możliwość tego koncertu? Sean zdecydowanie zaprzecza, bo już ustalili z zespołem, że nie pojadą 600 km, żeby zastać kolejny pusty klub i nie otrzymać pieniędzy za dojazd. Zresztą brak backline też jest istotny. Tymczasem pojawił się akustyk i trwają jakieś ustalenia i dyskusje. CormaC i ja robimy trochę za "maskotki". Muzycy co chwilę podchodzą do nas porozmawiać, pytają jak to możliwe, że przyjechaliśmy na koncert do innego kraju. Dopytują, czy blisko granicy mogliby gdzieś na drugi dzień zagrać. Pytają też o Wacken Metal Battle. Niestety odległość do Torunia studzi ich zapał. Po dłuższej chwili wszyscy się ulotnili i wrócili ze... sprzętem. Sean z daleka woła, że jesteśmy roadies i mamy tutaj robotę do wykonania. Patrzy przy tym bardzo wymownie na cały sprzęt zgromadzony pod sceną. Oczywiście to żart i nie pozwala nam pomagać. Po chwili podszedł do nas i dał nam w prezencie po naszywce z logo zespołu. Oczywiście dziękując za przybycie. Powoli zaczęło to robić się dla mnie krępujące. Tymczasem pojawił się Ramza i dwóch Czechów. WOW!. Było już nas piątka. W międzyczasie pojawił się też klubowy akustyk. Zespół zajął się swoimi sprawami na scenie, a my zasiedliśmy do stolika. Spokojnie czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń. Jak na razie to wiedzieliśmy tylko, że na pewno będziemy mogli kupić sobie najnowszy CD. Po 30 minutach podszedł do nas manager zespołu i powiedział, że zespół da radę zagrać w tych warunkach i na tej scenie. Nie znam się na technicznych szczegółach, ale zespół powpinał się bezpośrednie w linie i jakoś udało się to nagłośnić. Kupiliśmy symboliczne bilety i spokojnie oczekiwaliśmy koncertu. Niewiarygodne, ale jednak prawdziwe. Jeszcze odwiedziliśmy stoisko marchandise i zakupiłem "Science Of Annihilation", "Darker Than Black" i koszulkę z nowej płyty. T-shirt nie był planowany, no ale jakoś tak "wypadało" kupić. Tymczasem zespół szybko poustawiał się na scenie, zrobił krótki soundcheck i Sean zapowiedział krótką przerwę na przebranie się. Dodał jeszcze, że będziemy brali udział w niezwykle ekskluzywnym koncercie Cage. W klubie Tancirna na to wydarzenie czekało 12 osób.

AKT III
Grand Finale

Lekki falstart i intro "The Power That Feeds" przeleciało zanim zespół był przygotowany do występu w 100%. To gitarzysta Anthony coś zamarudził. Po chwili Sean i jego screaming "Planet Crusher... Planet Crusher" rozpoczęły najmilszą część tego dnia. Na scenie Cage to prawdziwa metalowa maszyna. Wszystko tutaj jest dopracowane i dopasowane do siebie. Nikt nie oszczędza się i nie ma mowy o jakiejś taryfie ulgowej. Nikomu nie przeszkadza, że przed sceną jest tylko 12 osób. Ma być dobra zabawa i taka jest. Kolejny utwór to "A Im A King" i tutaj Sean pozwala nam śpiewać refreny do mikrofonu. Przyznam, że mocno trzeba wrzasnąć, żeby przebić się przez instrumenty i usłyszeć swój głos w głośnikach. Podczas tego kawałka zupełnie zapomniałem, że stoję przy barierce, a za mną nikogo nie ma. W pełni oddaje się muzyce płynącej ze sceny i mogę w 100% doświadczać ten koncert. Muzycy Cage nie mają dla nas specjalnie litości i serwują kolejny cios. "Kill The Devil" z płyty "Darker Than Black" to kolejna porcja solidnego zniszczenia. Przed koncertem zastanawiałem się jak będzie rozwiązana kwestia wokalna. Oczywiście wiadomo kto będzie śpiewał, ale chodziło mi o detale. Na płytach sporo się dzieje w liniach wokalnych, pojawiają się różne nakładki, czasami drugi (i trzeci) głos. Często też linie nachodzą na siebie i na żywo nie sposób odtworzyć tego co zrobiono w studio. Rozwiązanie było proste. Gitarzyści Garcia zwany "Conanem" i McGinnis sporo dośpiewują w odpowiednich momentach. Cage przyjechał do Europy zaprezentować swoją najnowszą (rewelacyjną!) płytę "Science Of Annihilation" i właśnie z tego krążka było zagranych najwięcej numerów. Oprócz wspomnianego "Planet Crusher" usłyszeliśmy jeszcze: "Scarlet Witch", "Spirit Of Vengance", "Black River Falls", "Operation Overlord", "Stranger In Black", "Speed Kills" i trylogia "Science Of Annihilation". Oczywiście zespół zagrał kilka utworów ze starszych płyt: "Hell Destroyer", "Metal Devil", "Christ Hammer", "King Diamond", "Wings Of Destruction" i "Final Solution".

Kompletna setlista prezentowała się tak:

Planet Crusher
I Am The King
Scarlet Witch
Kill The Devil
Hell Destroyer
Spirit Of Vengeance
Black River Falls
Metal Devil
Operation Overlord
Final Solution
Speed Kills
Stranger In Black
King Diamond
Science Of Annihilation
--------------------------
Wings Of Destruction
--------------------------
Christ Hammer



Mam nadzieję, że ktoś zaczął się zastanawiać nad tą wyliczanką. Przypomnę, że zespół zagrał dla 12 fanów, bez backline i nie dostali za to żadnej kasy. Muzycy na scenie zrobili swoje. Nie zagrali skróconego seta, nie grymasili na zaistniałą sytuację. A zapewne nikt nie miałby pretensji, gdyby po 40 minutach podziękowali i zeszli ze sceny. O nie... Cage poszli na całość i zagrali kilkanaście utworów. Dosłownie więcej kawałków niż ludzi pod sceną. Mało tego... koncert kończył się wspomnianą trylogia. Podziękowania ze sceny, ukłony i oklaski z naszej strony. Jednak muzycy byli jednak tak nakręceni, że stwierdzili, że jak chcemy to mogą nam zagrać jeszcze jeden kawałek. Oczywiście nikt nie miał przeciwwskazań i dostaliśmy na bis utwór "Wings Of Destruction". Po nim ponowny ceremoniał podziękowań, Sean zdemontował mikrofon i z każdym osobno poprzybijał piątki. Po chwili wraca do reszty muzyków, ukłony i co dziwne... reszta muzyków jakoś tak niechętnie zbiera się do opuszczenia sceny. Kilka spojrzeń, uśmiechy i wokalista zadaje pytanie retoryczne: "jeszcze jeden?". "Christ Hammer" to już rzeczywiście ostatni punkt programu. Koncert Cage trwał prawie dwie godziny (dokładnie 1:50) i tutaj należą się największe słowa uznania dla muzyków. W takich warunkach i takich okolicznościach zagrać koncert to coś wielkiego. A zagrać taki koncert jak Cage tego wieczora, to już tylko wielki szacunek się należy. Krótko mówiąc: PANOWIE JESTEŚCIE WIELCY!!!

Muzycy po koncercie sami nie dowierzali, że tak długo grali. Dopiero wyliczanka zagranych kawałków uświadomiła im długość setlisty. Sean przyznał, że to był ich najdłuższy koncert na tej trasie. Cage na scenie to żywioł. Widać duży luz i radość z grania. Dopracowany ruch sceniczny i nieustanne uśmiechy na twarzach muzyków. Tutaj przoduje perkusista Norm (dzięki za pałeczkę!), który przez większość koncertu wygląda jakby właśnie grał w reklamie pasty do zębów. Po prostu uśmiech od ucha do ucha. Dźwięk był zaskakująco dobry jak na takie trudne warunki. I tutaj równie wielki uznania dla Pana Akustyka! Instrumenty były dobrze słyszalne, była odpowiednia dynamika i moc dźwięku. Strach pomyśleć jakie byłoby zniszczenie na pełnym backline. No i Sean Peck, który robi największe show. Nieustannie podkręca ludzi do jeszcze większej zabawy, sporo przemieszcza się po scenie. Lubię jak zespół żyje i robi show. Koncert Cage będę wspominał przez długie lata. Przy następnej okazji zrobię wszystko, żeby zobaczyć ten zespół na żywo. Choćbym miał przejechać kilkaset kilometrów. Dla TYCH ludzi po prostu warto.

OUTRO
Przemyślenia

Przykra sprawa, że zespół Cage został potraktowany w tak amatorski i dziecinny sposób. W życiu nie zawsze udaje się to co sobie człowiek zaplanował, czy założył. Panie "organizatorze" trzeba brać odpowiedzialność za swoje czyny i obietnice. Najłatwiej jest tchórzliwie dać nogę i uciec od wszelkich zobowiązań. Wśród dorosłych ludzi takie zachowania nie powinny mieć miejsca. Total Concerts skompromitowało się na całej linii (jak się okazuje po czasie to nie pierwszy raz) i tutaj nie ma co się specjalnie rozwodzić. Z takim podejściem to jeszcze długo wiele zespołów będzie omijało szerokim łukiem nasz kraj na swoich trasach koncertowych. Po zachowaniu człowieka z Total Concerts pozostał wstyd, niesmak i zażenowanie. Tak się czułem w rozmowie z muzykami, a przecież jedyną moją "winą" było to, że oszukał ich też Polak. Niebawem ma się odbyć Unholy Fest organizowany przez Total Concerts. Jak wiadomo pierwsze zespoły już wycofały się z tej imprezy. Miejmy nadzieję, że (parafrazując pewnego nie-sławnego polityka) "już żaden zespół z winy tego organizatora nie zostanie oszukany".

Na sam koniec, żeby nie było tak pogrzebowo, to serdeczne podziękowania dla całej ekipy Cage, za wszystko. Wspaniały koncert, rozmowy, zdjęcia, autografy... LONG LIVE CAGE!
Pozdrowienia: CormaC i Ramza.


Autor: Gumbyy

Data dodania: 21.06.2009 r.

 


PARTNERZY:

         

     

© http://www.METALSIDE.pl 2000 - 2017 r.
Nie używaj żadnych materiałów z tej strony bez zgody autorów!